Południowo-zachodnia inwazja
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 3

Dzień 1     34,7 km - AVS 14,1 km/h - Vmax 32,2 km/h
Dzień 2     25,2 km - AVS 6,8 km/h - Vmax 39,3 km/h - 1358 m przewyższeń GPS
Dzień 3     33,5 km - AVS 8,6 km/h - Vmax 43,0 km/h - 1424 m przewyższeń GPS
Dzień 4     30,6+16,2 km - AVS 12,1 km/h - Vmax 43,6 km/h - 889 m przewyższeń GPS

Pogoda wstępnie nie wyglądała łaskawie. A całosobotni solidny opad nie wróżył dobrze szlakom w Zawoi i okolicach.
Sobotni wieczór zbiorczy spędzamy zapoznawczo, wsłuchując się w opowiastki naszego przewodnika na najbliższe dni. Już pierwsza wskazówka nam się spodobała - można pić, bo rano trzeba dać szlakom trochę czasu na podeschnięcie...
Zatem niewczesna niedziela. First things first i zaczynamy od spełnienia obywatelskiego obowiązku.
A potem na rower. Na początek w większości chodzone dla przeciętnego rowerzysty skróty i tajemne ścieżki przewodnika...
...a potem już z korby.
Choć akurat ten fragment wczorajszego wieczoru o dzisiejszych podjazdach jakoś mi umknął i nie byłem na nie psychicznie przygotowany. Kręcimy na szczęście nie na samą górę...
...ale tak do połowy. Na rozgrzewkę Wilcza Łapa.
A potem już wspomaganie. Wyciąg pamięta czasy, gdy byłem tu po raz ostatni, 15 lat temu, i żadnych tras rowerowych jeszcze nie było. Ale za 8 zł z obsługą wieszającą rowery zdecydowanie nie ma co narzekać.
Opancerzanie, fotka z widokiem i ruszamy na rozgrzewkę.
Sokolica.
Ooo, pińdziesiąt groszy. Ale się nie schylę...
Na koniec przeskok na Diablaka, żeby do wyciągu było bliżej. Drop Luisa z szacunkiem omijamy, bo tu jeszcze nie wyschło, poza tym nawet na sucho budzi respekt.
Końcóweczka do asfaltu, gdzie żaden 'walk assist' by nie pomógł i od nowa.
Opancerzanie...
...Sokolica...
...Diablak...
...z krótką przerwą na focenie dropujących i glebiących Drop Luisa...
...i asfalt do wyciagu.
Rozgrzani bierzemy się za ambitniejsze linie. FreeRide, a później Enduro.
W trakcie kilku przelotów drop na trasie FreeRide został obfotografowany w różnych kombinacjach.
Na koniec atakujemy Diablaka od samego początku. Z przerwą na dłuższe zapoznanie się z Zakrętem Andrzeja, z którym Andrzej zapoznał się bliżej.
Po Zakręcie Andrzeja Andrzej rehabilituje się na Dropie Luisa.
A wieczór... Jak to wieczór. Rowerowe Polaków rozmowy przy piwie...
Poniedziałek. Pakowanko, godzinka w furach i jesteśmy. Start słaby, bo Pingwin odkrywa, że bukłak spuścił mu się do plecaka i dosadnie wyraża swoje niezadowolenie.
Trochę w siodle, ale potem zaczyna się wypych. Bo Luboń bez wypychu to nie Luboń.
Zaciszny zakątek na szczycie. Bo niby lato, a jakoś tak nieletnio.
Na początek najłatwiejsza Wróżka Zębuszka.
40 godzin nieletniego lata nie wysuszyło lasu, więc trzeba uważać, żeby nie być zmuszonym do spotkania z właścicielką trasy.
Chwila wymiany wrażeń, batoniki i inne takie...
...i znów do góry.