Bezśnieżne pchanie na koniec roku
Home

Dzień 1     22,3 km - AVS 11,1 km/h - Vmax 59,9 km/h - 1244 m przewyższeń GPS
Dzień 2     16,5 km - AVS 10,4 km/h - Vmax 50,5 km/h - 751 m przewyższeń GPS

Czerwony zachód słońca przepowiada teoretycznie niezłe wietrzycho na następny dzień.
I sprawdziło się. Słońce, koło 0C, ale wiatr urywa łeb. Wciskamy go trochę w opony, ale nie udaje się go osłabić.
Na początek czerwonym szlakiem atakujemy Lubomir. Póki po odkrytym, wiatr nieźle nami telepie.
Krótkie lodowe odcinki śliskie jak cholera, na szczęście ziemia oraz śnieg są zmrożone i jedzie się naprawdę nieźle.
Obserwatorium otwarte dla zwiedzających. Ale przecież każdy głupi wie, że w dzień gwiazd nie ma, a w Słońce patrzeć się nie wolno. Więc można podglądać tylko sąsiadki.
Olewamy więc wielką lunetę i skręcamy w zielony do Wierzbanowej, licząc, że lodowych odcinków na zjeździe nie będzie.
I właściwie nie ma. Ani na zielonym, ani na niezielonym, bo zielony na jakiś czas zgubiliśmy.
Kolejny pagór, na który będziemy się wbijać - Ciecień.
Początkowo daje się jechać...
...jednak szybko zaczyna się orka pod górę. A podobno od tej strony najłagodniej...
Na chwilę zagrzebujemy się w liściach, szukając osłony przed wiatrem, ale niewiele to daje.
Szlak (jak chyba większość w Wyspowym) lekko przegrzebany ciężkim sprzętem, trochę sypko, więc pchamy.
Na górze terenówki, drwale na spacerze, trudno trafić z fotą, żeby było pusto.
Zatrzymuję się na chwilę, żeby cyknąć fotę Józwie...
...i górom, a potem już tylko w dół.
Przystankowa ściana ogłoszeń. Z KlasyKą.
Plan jest taki, aby z przełęczy Wielkie Drogi wrócić do domu czewonym.
Józwa jednak odmawia asfaltowania i rusza przez pola bezpośrednio do czerwonego biegnącego gdzieś tam na górze.
Ja trzymam się wersji pierwotnej i dość sprawnie wbijam się na przełęcz.
A z przełęczy jeszcze 2 krótkie wpychania, wartość dodana w postaci widoku na Tatry, a potem całkiem niezły, szybki zjazd do Węglówki.
Ostatniego dnia roku 2012 może ciut cieplej, ale wieje tak samo. Tym razem pakujemy się do fury i miniobóz do ataku na Szczebel rozstawiamy na przełęczy Glisne.
Dla odmiany pchamy.
W środkowym odcinku nawet trochę jedziemy...
...trochę walczymy z lodem...
...ale końcówkę znów pchamy.
Szybki zwiad pieszy wykazał minimalne ilości lodu i śniegu na czarnym w kierunku północnym.
Uwalniamy wiatr z opon, potem się przed nim zabezpieczamy i hajda.
Cóż, kawał porządnego zjazdu singlowo-agrafkowego. Było nawet trochę błota, więc rowery wyglądają kultowo. Dalszy plan obejmuje: Glisne zakopianką, ponowne pchanie na Szczebel, zjazd czarnym na wschód.
No i dupa. Na zjeździe Józwa zasuwał jak po sznurku. A na równym, 500 m od asfaltu, skotłował się i wyłączył sobie całkowicie prawą kostkę.
Więc na końcu tripa znów się rozdzielamy - on asfaltem wraca do Węglówki, a mnie czeka 7 km pod górę i pod wiatr po samochód i zgarnięcie Józwy po drodze. Poszło mu jednak tak dobrze na szosie, że dojechał pierwszy. A wczoraj nie chciał...
Po drodze jeszcze szybkie łowy, skrobanko i żarcie na wieczór sylwestrowy jak się patrzy...