Listopad na letnio
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

Dzień 1     46,8 km - AVS 12,3 km/h - Vmax 43 km/h - 1623 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 2     39,8 km - AVS 10 km/h - Vmax 50,7 km/h - 1890 m przewyższeń MAPAGPS

Ostatnie poranne przygotowania i bladym świtem o 9.20 ruszamy w drogę.
Gdyby pogoda nagle uległa pogorszeniu, alternatywny sprzęt był już przygotowany.
Jak na razie humory dopisują. Przelot z Wisły do Ustronia zajmuje parę chwil, właściwe podjazdy jeszcze się nie zaczęły, a wiatr hula gdzieś nad głowami.
Korblując powoli w pięknych okolicznościach przyrody, zaczynamy walkę z Małą Czantorią.
Dwa w jednym: zdobywcy szlaków oraz niszczyciele szlaków.
Trochę pchania jeszcze nikomu nie zaszkodziło, więc po 20 minutach znów w siodełkach.
Autocień.
Na Czantorii Wielkiej również zaczęła się wycinka. Na szczęście to podjazd.
Na zjeździe granicznym po staremu. Oprócz, oczywiście, liści, które świetnie kryją kamory oraz korzenie.
Mikrosjesta przed Soszowem. Kundel bury został przyjacielem Jacka, ponieważ tylko Jacek miał w plecaku kanapkę z kiełbasą.
Dobra mina do złej gry, czyli ostatnie metry podjazdu na Soszów.
A potem z górki, widok na Tatry... czego więcej potrzeba?
Oczywiście nie cały czas z górki - na Stożek trzeba zapracować.
W schronisku ciacho+herbata i ruszamy niezmiennie świetnym przejazdem na Kiczorę.
Chwila kontemplacji widoków i ruszamy w dół czerwonym.
Korzystając z walki Tomka ze snejkiem, marzymy o ciepłych krajach, kryjąc się przed wietrzychem, które wreszcie znalazło do nas dojście.
'Szeroka kiera, ale się zmieścił.'
Widoki przednie, jednak wiatr uparcie próbuje zepchnąć nas ze ścieżki.
Myśleliśmy, że po ostatnich deszczach i śniegach końcówka czerwonego będzie jedną wielką, błotną pułapką, ale okazało się, że korzonkowymi objazdami wszystko da się ominąć.
Mijamy Kubalonkę i nowym oraz starym zielonym szlakiem lecimy do Wisły. Górny odcinek starego zielonego jest mocno hardcorowy. Potem jest trochę łatwiej, choć gruba warstwa liści dodała atrakcji oraz kilku siniaków Jackowi.
Jako że do obiadu jeszcze chwila, zatrzymujemy się w przydrożnym lokalu strzeżonym przez dwa niedźwiedzie...
...który to lokal miał więcej dzwonków rowerowych, niż my we czterech i rozgrzewamy się dobrym grzanym piwem.
Wieczorem, korzystając z pomocy lokalnego Quasimodo, najpierw szybkie smarowanko...
...a potem zaimprowizowane naprędce kino objazdowe i przegląd filmów z dnia dzisiejszego oraz co ciekawszych rzeczy na youtubie.
Niedzielny poranek to jeszcze większy wiatr, ale za to 13C w cieniu o godzinie 9.00. Krótka gimnastyka...
...i konkretna rozgrzewka na asfaltowo-płytowym podjeździe na Cienków.
Skręcamy na żółty i obieramy kierunek na Gawlasi.
W oddali zaliczona wczoraj Czantoria.