Strachy na lachy
Home
Po krótkiej wspinaczce z Wisły Czarne dobiłem do żółtego. Pamiętając, jak on wygląda pod samym Gawlastem, trochę się bałem, czy nie będzie tu już autostrady. Na szczęście, jak widać, nie...
Jak również widać, pesymistyczne prognozy na długi łikend mocno się nie sprawdziły. I to na cały łikend.
Tak więc, raz w słońcu, raz w cieniu, napieram...
...podziwiając landszafty.
Docieram do drogi szybkiego ruchu, w którą zamienia się dalej żółty. Jak się dowiedziałem:
1. Odcinek, który właśnie przejechałem, zostanie taki, jaki jest.
2. Ta droga oraz szeroki trawers Baraniej, Zielonego Kopca itd. to droga pożarowa.
Wygładzony żółty długi nie jest, ale i tak kiszka...
Góra Malinów, którą zamierzam ominąć dołem, bo na Czantorię daleka droga.
Z pewną dozą wstydu muszę przyznać, że do czegoś ten trawers się jednak przydaje...
Tuż przed Salmopolem skręcam na żółty, który w odcinku poniżej asfaltu jest jednym z fajniejszych, choć krótkich zjazdów.
Dalej klasycznie - przez Gościejów kręcę w kierunku Orłowej.
Dokładnie od nawietrznej, dokładnie od strony Czantorii niebo zaczyna grozić paluchem. Ruszam więc na czołowe. Decyduję się olać Równicę i podjąć próbę zjechania zielonym z Orłowej przed deszczem.
Jakoś mi jednak postanowienie nie wyszło i zaległem w Chacie na Orłowej, czekając, aż pogoda się ustali. Minimalistycznie pokropiło, przestało, znów pokropiło, a potem się rozjaśniło. No to ruszyłem...
Po 100 m, niestety w pionie, lunęło. Zapakowałem się kurtkę, postałem kilkanaście minut pod drzewami...
...i sturlałem się do Ustronia, gdzie powitały mnie pierwsze przebłyski słońca. Gdybym trzymał się planu i nie wcinał batonika w Chacie, dotarłbym na dół suchy...
Na wyciągu pogodzili się z rowerami, ale żeby dotrzeć do kas, i od dołu, i od góry trzeba pokonać trochę schodów. No i do samego holu z kasami jest zakaz wprowadzania rowerów. Więc jeszcze idealnie nie jest.
Za to obsługa wiesza rower na haku. Choć zachwycona moim, świeżo po błotnistym zjeździe, nie była. Na górze poproszą, abym zdjął sobie sam. :)
Ale najpierw przyjemna przejażdżka w grzejącym słońcu.
Przy górnej stacji po prostu wesołe miasteczko - trampoliny, zjeżdżalnie, małpie parki i multum ludzi, ponieważ główne walnięcie deszczu poszło jednak bokiem...
Rozpoczynam walkę z końcówką podjazdu na szczyt. Niby można prowadzić, ale nie wypada, bo trochę pieszych się kręci...
A dalej, w pięknych okolicznościach przyrody jadę na granicznym w kierunku Stożka.
Jak przed chwilą napisałem, okoliczności przyrody są piękne.
Zaczyna się krótkie wpychanie-wnoszenie roweru na Stożek. Temperatura, mimo deszczu, idealna. A wszystkie pogodynki tak straszyły...
Okienko ze Stożka. Od tego momentu nie będę miał już żadnego znaczącego odcinka pod górę...
Od tego momentu czerwony na Kubalonkę zawiera wszelkie możliwe atrakcje. Najpierw świetny techniczny przejazd na Kiczory...
Potem widoki - od prawej Czantoria, Soszów, Stożek...
Następnie zaczyna się niezły zjazd... z wiadomych powodów bez zdjęć...
...aż do przełęczy Łączecko.
Potem krótki singielek z widokami...
Znów techniczny kamorzasty przejazd...
I wreszcie wieczne błoto, gdzie nawet objazdy objazdów rzadko wysychają.
Z Kubalonki przez Karkoszczankę turlam się asfaltem na zasłużone piwo i goloneczkę.
I to by było na tyle, bo resztę czasu zajęło mi byczenie się z piwkiem na tarasie.
Track gpx.