Majówkowo
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 2 z 2
Udało się przekonać do wpychu na Malinów. Za to potem już tylko w dół do samej bazy.
Salmopol, trochę żółtym, a potem bezszlakowo do Wisły Malinka.
Kapryśna pogoda wymusza drastyczne plany. 3 dni przerwy w rowerowaniu, więc kiedy w piątek ICM zapowiada burze na 13.00, meldujemy się pod Kozią o 6.50.
Na początku nowość. Daglezjowy. Niby fajnie, ale to 4,5 km oraz 60 minut podjazdu z przerwami na foty. Bardzo długo. Szutrem jest połowę krócej i odległościowo, i czasowo. A już podjazd Daglezjowym do Starego Zielonego jest całkiem nieopłacalny.
Jak na razie, pogoda w dechę. Ale do 13.00 daleko.
Stara linia z nową nazwą. Cygan okazuje się masakrycznie zabłocony i śliski. Szutrujemy i testujemy Stary Zielony. O wiele lepiej.
A na koniec tego etapu (bo mamy dalsze plany przed 13.00) Twister. Raczej z obowiążku, bo Łukasz jest tu po raz pierwszy i chce zobaczyć, co i jak i dlaczego szkoda czasu na Twistera.
A etap dalszy to całkiem nowe również dla mnie trasy z Szyndzielni.
Łukasz oznacza start i Dziabarujemy.
To chyba jedyne miejsce na Dziabarze, gdzie można się zatrzymać. Sam Dziabar trochę mokry i rozjeżdżony, ale fun przedni. To nie Świeradowskie single.
Ponieważ korzystamy z trzypaku, wychodzi Dziabar, Gondola, Dziabar, Gondola, Dziabar...
...i przelot na Dębowiec. Po pierwsze, Dębowiec lepszy od Gondoli, choć dziś mocno śliski. Po drugie - szacun dla chłopaków. Świetne logistyczne opracowanie całego kompleksu tras Kozia-Szyndzielnia - oznaczenia dojazdów, ostrzeżenia, mapy no i same trasy.
Godzina 14.00, zero deszczu, trasy coraz bardziej suche, ale mamy dosyć. Tu pierwszy zgrzycik - dzisiaj brak wody do obmycia rowerów. Ale i tak chcieliśmy kupić opaski czy co tam. Nie udało się jednak tym razem, bo po 0,5h kręcenia się pod karteczką "Zaraz wracam" sami wróciliśmy do bazy.
Sobotni poranek dla odmiany nie ułatwiał podjęcia decyzji. Mgła, mżawka większa lub mniejsza. Robimy zwiad internetowo-telefoniczny i okazuje się, że Cienków odpalił. Więc skorzystamy.
Wyciąg kręci się z przełożeniem 22/46, co pozwala spokojnie podziwiać dziką przyrodę. Obstawiamy, ile osób, łącznie z nami, skorzysta dziś z krzesełka. Na razie wychodzi nam, że dwie.
Im wyżej, tym bardziej interesująco.
Wbijamy się w mleko.
Jeszcze rok-dwa temu chociaż środkowy odcinek żółtego przez Cienków pozostawał niezłym leśnym podjazdem. Teraz już całość została wyszutrowana, żeby Dżesiki w złotych czółenkach i Brajany w addidasach mogli zdobywać góry.
Kolejny lokalny "kfiatek". Trzeba zawracać...
Docieramy do trawersu Salmopol-Przysłop. Przed nami całkiem już ostatni, jeszcze prawie naturalny odcinek żółtego szlaku.
Gawlasi. Mimo mgły i 98% wilgotności powietrza szlak tylko lekko wilgotny.
Ale po prawej ostra zrywka i 3 metry wcześniej błocko, kałuże i ślady ciężkiego sprzętu. Jednak to rowery niszczą szlaki.
Po dość długiej debacie wspieranej mżawką i bananami przeważa kierunek Barania nad kierunkiem Skrzyczne.
13:59:41 - Ostatnie fragmenty wpychu pod Baranią.
14:00:44 - Odwracam się do Łukasza opróżniającego buty z przyrody, a tu kawałek nieba.
14:01:11 - Zerkam do przodu, a tam już przebłyski, które ukazują początek obrywu szlaku na długości jakichś 10 m.
14:04:46-14:04:53 - Robię panoramę, bo nagle pojawiają się widoki.
14:05:51 - Normalnie lampa.
14:27:53 - Radość z lampy nie trwa długo. Batonikujemy, opancerzamy się i pełni złych przeczuć ruszamy na korzenie na czerwonym.
Po drodze do właściwego zjazdu atrakcje w postaci całkiem pływających bali, przed którymi ostrzegali nas na szczycie. Byle nie za wolno i się leci.
Wreszcie fun. Oczywiście ten z prawej nie z lewej. Co dziwne, korzenie są całkiem suche.
Warun jest tak prześwietny, że na dole robimy zawrotkę i wpychamy na powtórkę.
Ciut ingerujemy w rezerwat, choć zdecydowanie mniej niż ci, to te drzewa obalili i udrożniamy u góry ze 30 m zjazdu więcej. I w dół.
Buła w schronisku, które nie dość, że brzydkie, to wymieniło jeszcze drewniane balustrady tarasu na pleksi i kwasówkę. Komponuje się teraz z górami, że hej. A potem czarnym i czerwonym do Stecówki.
Na czarnym dla odmiany przydybaliśmu zająca. Jakiś wyluzowany był i nie uciekał.
Łukasz nie dał się namówić na bagno na czerwonym, więc asfaltem lecimy przez Szarculę, Kubalonkę na ścianki na starym czarnym, gdzie za karę robię mu kolejną fotę w niewłaściwym czasie i do domu.