Majówkowo
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

Dzień 1     33,2 km - AVS 11,3 km/h - Vmax 56,0 km/h - 1253 m przewyższeń (462 m wyciąg) GPS
Dzień 2     39,9 km - AVS 8,2 km/h - Vmax 54,0 km/h - 1610 m przewyższeń GPS
Dzień 3     43,6 km - AVS 10,1 km/h - Vmax 45,8 km/h - 1020 m przewyższeń
Dzień 4     36,6 km - AVS 10,3 km/h - Vmax 47,3 km/h - 1278 m przewyższeń (196 m wyciąg) GPS

Wieczorek zapoznawczy miał bardzo duży wpływ na ranek. Wycieczka została szybko zmodyfikowana, tak aby w ogóle się odbyła. Parę kilosów asfaltowania i zdobywamy wysokość mechanicznie. Najbardziej odpowiada to Łukaszowi.
Jeszcze trochę walki z wysokością, dziećmi, psami i dobrymi radami ludzi w tenisówkach i wreszcie szczyt. Doubieramy się.
Pierwszy zjazd. Nie dość, że to pierwszy zjazd, to jeszcze mamy powieczorne lęki. Na razie idzie sztywno.
Wyciąg chodzi, więc może obrócimy ze 2 razy, a w domu powiemy, że był wypas trip.
Walczymy jednak dalej ze słabościami i wysokością. O dziwo, jakoś dobrze mi idzie i Soszów wykręcony z jednym odpoczynkiem.
W zmiennych okolicznościach przyrody kręcimy na Stożek.
Wreszcie moja ulubiona linia w tamtych okolicach: Kyrkawica - Kiczory.
Kiczory. Z tego miejsca już właściwie tylko w dół.
W planach wycieczka nadal ma być lajtowa, postanawiamy więc odbić z czerwonego na Kubalonkę, który pewnie będzie masakrycznie zabagniony i skręcamy w niebieski.
Niebieski jest trochę krótszy, trochę stromszy i trochę mniej zabagniony.
Pod koniec trafia się nawet przelot strumieniem, więc część błota znika, a na samym końcu skręcamy w króciutki zielony zgodnie określony "mały, ale wariat". Jest bardzo dobrze. Trochę asfaltu i grill.
1. maja, święto, piękna pogoda, a wyciąg co w dniu dzisiejszym?
Pozostaje napierać.
Na alternatywnym podjeździe pod Czupel dopada nas lokalny kundel bury i wyprowadza kawał drogi w górę.
Dozbrajamy się i ruszamy na pierwsze zjazdy.
Ciągniemy żółtym...
...i wbijamy się pod prąd na singiel ET.
Jeszcze trochę i początek singla stanie się mało przejezdny.
Kawałek w górę na Kotarz (pisałem już, że jakoś dziwnie dobrze podaje mi noga?)...
...i spadamy indiańską ścieżką.
Odzbrajamy się i energetyzujemy. Bo plan jest prosty.
W internecie pisało i półlokalsi mówili (pozdrowienia!), że górna część wyciągu na Skrzyczne działa w łikendo-tydzień majowy. Pozostaje więc tylko zdobyć Jaworzynę.
Kawałek za tą bulą już jest Jaworzyna. Widać glajciarzy, ale kabiny stoją. Nic to, pewnie wyciąg chodzi co pół godziny. Nadzieja jednak umiera ostatnia... Za bulą ludzi na szlaku w opór, ale stacja zastawiona barierkami, nawet wiatr nie hula, bo go nie ma.
Po kilku minutach bluzgów, kilkunastu minutach pchania i podjeżdżania postanawiamy olać Skrzyczne i skręcamy trawersem w kierunku Małego Skrzycznego. Niby fajnie, śnieg w maju i te sprawy, ale połowa trawersu z buta.
Przebijamy się wreszcie do rowerowego pod Małym Skrzycznym, który okazuje się równie nieprzejezdny.
Pozostaje skrót wpychem czy też wpych skrótem.
W każdym razie lądujemy bezpośrednio na Małym Skrzycznym.
To na szczęście ostatni śnieg dzisiejszego dnia.
Klasyczne zdjęcie robione zawsze na początku wycieczki. A tu właściwie na końcu.
Pod Malinowską Skałą drobne przeszkody na zjeździe.