Wisła po bożemu
Home

53,9 km - AVS 11,5 km/h - Vmax 60,9 km/h - 1841 m przewyższeń GPS

Bardzo rano nie jest bardzo dobrze. Dopiero co przestało lać, a w głowie lekki nieporządek po wczorajszej integracji. Na szczęście jeszcze ze 3h snu...
O 10 nadal delikatny kac, poza tym odczuwamy lekkie lęki, siedząc wysoko na rowerach, więc odpuszczamy wersję zjazdową tripa
Mieliśmy nadzieję, że technika nas dzisiaj wspomoże, ale na obiekcie nie ma żywej duszy.
Pozostaje podjazd mimo niesprzyjających warunków biometrycznych.
Wbrew obawom, podjazd i pchanie na Smerekowiec idą całkiem nieźle.
Po godzinie w górę wreszcie zaczyna się akcja.
Żółtym, niebieskim i zielonym przelatujemy przez Trzy Kopce i spadamy na asfalt do Brennej.
W Brennej pozujemy chwilę do kamery, a potem, mimo, że lęki już nam całkiem odpuściły, Colą nastrajamy się na zdobywanie Błatniej.
Znów podjazd w miłych okolicznościach przyrody idzie nam całkiem nieźle.
Krótki odpoczynek, żeby pod schronisko zajechać z fasonem...
...i podziwiamy widoki z tarasu. Podziwianie przerywa nam Krzysiek, siedzący właśnie na Karkoszczonce.
Ruszamy więc w pościg czerwonym.
Dwie górki dalej jak zwykle porzucamy szlak i szykujemy się do zjazdu narciarskim na Karkoszczonkę.
Chłopaki z przełęczy już oczywiście wyruszyli, więc pościg trwa.
Spotykamy się wreszcie na Kotarzu. 2 dni zdzwaniania się skutkują 10 minutową pogaduchą...
...oraz 15 minutową wspólną jazdą, bo chłopaki skręcają na czarny do Brennej, z której my właśnie jedziemy. Mistrzostwo świata.
Mamy już lekki niedoczas, więc wbijamy się na główny trawers Śląskiego.
Trudny technicznie nie jest, ale walorów widokowych odmówić mu nie można.
Z trawersu skręcamy na żółty przez Cienków, rozpędzamy się na szutrze...
...a potem naprawdę niezłym, a co najważniejsze, niepopsutym zjazdem lądujemy w bazie.