Pogoda sprzyja odważnym (c baton)
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Plan: objechać 2 półetapy TC2008. Ponieważ podjazd do Bacówki robiłem ostatnio w błocie i deszczu, tym razem idę na łatwiznę... 
A w Wierchomli nie tylko wyciągowi przyjaźni rowerzystom, ale i pod wyciągiem pobudowane hopy, dropy i inne nieznane mi atrakcje dla fullface'owców.
Po przedarciu się przez wstępne błota, cieszę oczy widokami spod Bacówki. Niestety, mimo zdecydowanie lepszych warunków niż ostatnio, Tatr wciąż nie ma. Więc nie zalegam na piwie...
Trochę pod górę, trochę po błocie i docieram do skrętu na Jaworzynę, gdzie skręcam.
Na zjeździe z Bukowej rozpędzam jakichś rowerzystów. Po obu stronach zaskakują jednak ośrodki skojarzeniowo-rozpoznawcze i dzięki temu strzelamy sobie nawzajem fotki z Moniką i Alferem. Okazuje się, że wszyscy jedziemy do Rytra, ale ja jakoś w drugą stronę... :)
Tuż przed Jaworzyną znajduję okienko na świat. No i muszę zebrać siły na ostatni podjazd, żeby zajechać na szczyt z fasonem.
A z samej Jaworzyny sielsko-anielsko... gdyby nie dziki tłum w szpilkach, mokasynkach, białych spodniach... Oblepiony błotem całkiem tu nie pasuję. Więc szybko znikam.
Na samym początku czerwonego udaje się mi jeszcze strzelić fotę, a potem czadowy zjazd częściowo po nartostradzie. Zajęty przeskakiwaniem niemożebnie naćkanych rowów odwadniających, rozmijam się ze skrętem czerwonego, ale nowy osprzęt elektroniczny sprawdza się i szybko naprowadza mnie z powrotem. :)
Błyskawicznie zwiedzam Krynicę asfaltami i dzięki GPS bez problemu, bez szlaku, ląduję poza miastem. Od razu ładniej.
Krynica zostaje w tyle, a ja szybko nabieram wysokości. Na piechotę, ale zawsze...
Błoto... Właściwie całe Pasmo Jaworzyny to błoto. Albo z wodą, albo bez wody, ale jednakowo śliskie, zasysające opony i fruwające w powietrzu. Więcej zdjęć błota nie robiłem, bo na fotach wygląda generalnie tak samo. Podobnie jak w naturze.
Docieram na Runek i czerwonym daję wreszcie w dół. 2 tygodnie temu było grzęzawisko. Teraz jest 1 cm warstwa śliskiego błotka.
Tym razem schronisko na Łabowskiej widać, choć nieźle się maskuje. Posilam się nieśmiertelnym żurkiem i hajda na koń.
Od Hali Łabowskiej czerwony jest i ciekawszy, i ładniejszy. I są nawet suche kawałki.
Gdzieś w okolicach Jaworzyny Kokuszczańskiej w kierunku Piwnicznej i Słowacji.
Spojrzenie za siebie, czyli na początek/koniec Pasma Jaworzyny. Od teraz mam nadzieję na już tylko w dół.
Rzut soczewką na Poprad, obniżam siodło i...
...i walcząc z błotem i stromizną znów wpadam na Alfera i Monikę. Tym razem po raz ostatni. :)
Potem znaną już drogą wzdłuż Popradu...
...i wzdłuż wodnych schodków Wierchomlanki do domu.
A wieczorem... :)
W niedzielę zaczynam od rozgrzewki asfaltowej. Kilkanaście kilometrów dzieli mnie od niebieskiego na Niemcową.
Odnajduję jego początek z pewnym trudem, a pierwszy znaczek szlaku rowerowego znajduję dopiero 1 km dalej i 100 m wyżej od skrętu. Cały czas ostro w górę.
Układ dróg różni się od tego na mapie, nie mówiąc o GPS.
Odwracam się, a tam ukryty znaczek. Czyli jest dobrze. :)