Powrót do korzeni
Startowa [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

Dzień 1     56 km - AVS 8,7 km/h - Vmax 45,6 km/h - 2002 m przewyższeń GPS
Dzień 2     45,9 km - AVS 8,1 km/h - Vmax 37,5 km/h - 1709 m przewyższeń GPS

Ponieważ całkiem się przejadło mi młócenie wciąż tych samych trasek w rowerowych miejcówkach, w szufladzie wygrzebuję mapę z 2011 roku, na której zbierałem informacje o żywieckich szlakach. Plan na łikend - zaliczyć kilka tych dawno nie jechanych w formie klasycznych górskich tripów.
Sobota. Startuję z Ujsołów, parę kilosów po prawie płaskim asfalcie i skręcam w żółty na Krawców Wierch. Drogowskaz złowieszczym Comic Sansem zapowiada gehennę, którą musiałem wyprzeć.
I faktycznie. Pierwszy kilometr to płyty. Nie byle jakie, bo na tym 1 km jest ponad 170 m przewyższenia. Gdzieniegdzie nawet trudno pchać.
Na szczęście wraz z płytami kończy się sztajcha. Można jechać i otwierają się widoki.
8 lat temu jechałem tu w gorszych warunkach http://www.solar.blurp.org/ujsoly_1112/imagepages/image40.html
W schronisku coś zimnego do picia i ruszam dalej w kierunku niebieskiego granicznego.
Początkowo raczej płaski spokojny singiel, dopiero Gruba Buczyna zdejmuje mnie z siodła.
A dalej już w dół. Singielkowato i przyjemnie, bez większych ekscesów.
Z drobnymi wyjątkami.
Bory Orawskie. Po krótkiej analizie przewyższeń olewam Trzy Kopce i odbijam na żółty. Mostek niby jest, ale rozpierducha zmieniła koryto rzeki i spełnia on swoje zadanie tylko połowicznie.
Potem czarny. Początkowo trochę pchania, potem da się jechać, tym bardziej, że ludzie patrzą.
Godzinę podjazdu i wypychu później zalegam w cieniu na Rysiance.
I panorama z Babią i Pilskiem. To generalnie będzie łikend panoram.
Kolejna trudna decyzja. Czy od razu w dół zielonym do Skałki (którym chyba podjeżdżałem z 10 lat temu), czy też atak na Romankę i niebieski do Słowianki (którym zjeżdżałem 7 lat temu).
Power jest, więc Romanka. Początek tylko wygląda źle, da się jechać...
...dopiero to, czego nie było widać daje w kość.
Na szczęście za Martoszką już jest przyjemnie w siodle.
I wreszcie niebieski. Pamiętam tylko, że był trudny, najtrudniejszy z 3 okolicznych niebieskich.
I faktycznie jest. Bardzo wąski, ze sporym spadkiem od razu obok szlaku, dodatkowo co jakiś czas różne przeszkody w postaci wyrwanych korzeni, jak tu w oddali...
...lub, najczęściej mokrych, negatywnych sekcji kamienno-korzennych. Ale pomiędzy nimi jest całkiem OK, choć bez flow, bo wąsko. Czyli odczucia zbliżone, choć podobno w tym roku szlak jest trudniejszy z powodu osuwisk.
Gdy już wydaje się, że koniec walki, wpada się na kamienną ściankę z dwoma zakrętami i strumyczkiem. Nawet nie ma czasu, żeby się przymierzyć (czy robić zdjęcia), pozostaje tylko puścić heble...
Niestety spory końcowy odcinek to szeroka droga będąca miksem beskidzkiej rąbanki i rowów po wodzie. W Słowiance kolejne zimne do picia i czarnym spadam do Skałki...
...a ze Skałki czarnym znów pod górę.
Do połowy, póki asfalt, da się jechać. Potem zaczyna się pchanie. A lata temu podjechałem całość. Może szlak był mniej rozwalony?
Boracza pod górkę, więc olewam i ruszam na Redykalny Wierch.
 Z mapy wynika, że zamiast zielonym i czarnym wypychem, lepiej może być skrótem bezpośrednio do czarnego. Niestety lepiej nie jest - wypych z wyjątkiem ostatnich 100 m przed czarnym.
Potem jeszcze trochę jazdy i wypychów i wreszcie przebijam się przez Redykalny Wierch. Szybki przelot na Lipowską...
...i próbuję odnaleźć tajemny singielek omijający rozwalony początek niebieskiego do Złatnej. Ten początkowo pasuje, ale potem zanika i kończy się na przedzieraniu przez pokrzywy i zwalone drzewa z powrotem do niebieskiego.
A dalej już prosto w dół.
W czerwcu było zdecydowanie przejrzyściej...
Parę kilosów asfaltem w dół i ląduję w żulbarze, który chyba jako jedyny serwuje jedzenie w Ujsołach po 19, ale za to na krechę, bo płacić można tylko gotówką, a z nią u mnie krucho.
Na dobranoc ładne kowadło.
Niedziela. Początek dnia wątpliwy. Zgodnie z prognozami zaczęło w nocy lać i miało przestać po 11. Tymczasem przestaje już koło 10. Jestem prawie gotowy, więc parę minut na włożenie gaci...
...parę kilosów asfaltem i ląduję na kapuczinie w Rajczy.
Bo według różnych rozkładów o 10:52 albo o 10:56 mam pociąg do Zwardonia.
I jadę. Wieszaczek ciut krótki, w zasięgu wzroku żywej duszy, nawet konduktor się nie pojawił i zaoszczędziłem 6 do 10 zł.
Zwardoń. Rozpoczynam zdobywanie Wielkiej Raczy czerwonym szlakiem. Asfalt podsycha, pojawiają się błękitne plamy, pogoda zdecydowanie się poprawia.