Transsudetia 2018
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 3

Dzień 1     49,7 km - AVS 12,2 km/h - Vmax 47,7 km/h GPS
Dzień 4     42,8 km - AVS 11,6 km/h - Vmax 47,3 km/h - 870 m przewyższeń GPS
Dzień 5     35,6 km - AVS 8,8 km/h - Vmax 48,5 km/h - 1307 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 6     40,5 km - AVS 8,9 km/h - Vmax 50,5 km/h - 1480 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 7     31,0 km - AVS 11,1 km/h - Vmax 50,5 km/h - 584 m przewyższeń GPS
Dzień 8     22,2 km - AVS 10,9 km/h - Vmax 43,0 km/h - 318 m przewyższeń GPS
Dzień 9     24,9 km - AVS 10,3 km/h - Vmax 49,3 km/h - 378 m przewyższeń GPS

Pierwszy dzień rozgrzewkowy. Wycieczka, ale oczywiście ze wspomaganiem. Płacimy kupę siana i w karygodnych warunkach lokalowych wjeżdżamy na Stóg Izerski.
Kolega Łukasz na starość postanowił się poumartwiać i w ramach testów na cały tydzień w kamorzaste góry zabrał sztywniaka. Na plusach, ale to niewiele zmienia.
Jak widać, pierwsze łomoty na trawersie Stogu nie wywołały zachwytu na twarzy.
Trawers jak trawers. Nadal super.
Więc nie wiem, dlaczego ja, mając 170 mm skoku pod dupą, się nie uśmiecham.
Ciągniemy czerwonym przez mokre okolice gór Izerskich. Jednak w tym roku gigantyczna susza - nie ma nawet śladu błota.
Nie miałem nawet mokrej opony. Niby dobrze, ale niedobrze.
Potem szutrowanie i dość upierdliwe Sine Skałki. Omijamy kopalnię, trzymając się wciąż czerwonego...
...i kręcimy na Wysoki Kamień. Na jedynym zjeździe podczas tego podjazdu sztywniak przypomina Łukaszowi, że jest sztywniakiem i 'rozbolewa' mu staw skokowy. Tak pierwszego dnia...
Z Kamienia, bez jednego zdjęcia, lecimy żółtym aż do Piechowic, gdzie, czekając na wwózkę, odwiedzamy znaną knajpę. Nadal smaczna.
A oto i wwózka. Z drobmym 40 minutowym opóźnieniem. Ale nigdzie nam się nie spieszy, jest klima i WIFI.
Mimo wwózki samemu też trzeba trochę pokręcić. Kręcimy tak prawie pod kopalnię...
...i wbijamy się w nieznany nam zielony do Rozdroża Izerskiego.
Bardzo zacny. Dodatkowo ma sporo linii, więc można sporo kombinować.
Kolejne szutrowanie. Skoro zaliczamy klasyki, to zaliczymy też Sępią Górę. Również do tej pory nam nie znaną. Niby po płaskim, niby Rozdroże na tej samej wysokości, co Sępia, ale przez 8 km trochę trzeba popodjeżdżać.
Dozbrajamy się i w dół. Znaczy ja w dół, bo Łukasz nie wiadomo jak łapie 3 kamień po prawej, który miesza mu w haku.
Po kilkunastu minutach, zużyciu sporej ilości siły i niewiele mniejszej ilości przekleństw, przywracamy rowerowi jezdność. Jak widać po wysuniętej dolnej szczęce, Łukasz zadowolony nie jest.
Spadamy do Świeradowa, prostujemy hak i kończymy pierwszy dzień, który nie wróży dobrze kolejnym dniom łukaszowym.
Mimo przeciwieńśtw, plan musi zostać wykonany. Tak więc Szpindlerowy Młyn.
Jak to w bikeparku. Góra i dół. Freeride i Deep forest.
O 12, przy dłuższym postoju wyciągu, wybieramy się na krótką tajną wycieczkę.
Na wycieczce przerzutka przydaje się bardziej, a okazuje się, że przerzuca o 0,567 sekundy wolniej niż przed strzałem w hak, więc Łukasz korbluje.
Po dojazdach, podjazdach i innych docieramy do sedna wycieczki. Podziwiamy i śmigamy.
I proszę. Jakby to był full, to pewnie snejka by nie było.
Niby sezon, ale w tygodniu. Wszystko w okolicach wyciągu pozamykane. Dobrze, że zabraliśmy własne zaprowiantowanie.
A potem znów góra i dół. Do zestawu tras dochodzi pieszy zielony.
Górna knajpa jest otwarta, więc zalegamy, bo przecież bez Kofoli się nie liczy.
I dalsze łomoty.
Zielony okazuje się najlepszą linią, jednak najbardziej wyniszczającą dla nóg, więc w sumie po 7-8 kółkach mamy dosyć.
Kolejny dzień i kolejny punkt programu. Łukasz robi rozgrzeweczkę stawu skokowego.
Rokytnice. Zapowiadali najgorszą pogodę w tygodniu. W sumie spadły nawet ze 4 krople, a temperatura zbliżyła się do rowerowo akceptowalnej. I tyle.
Stopniujemy. Niebieska, czerwona...
...czarna, która, jak poprzednio, przypada nam do gustu najbardziej.
Grunt do dobra reklama.
A to sztuczka z serii 'Potrzymaj mi piwo'. Nie pomogły nawet te materacyki. W efekcie kolejne 3 dni będę zaczynał od prochów. Ale jeszcze tam wrócę...
Kółkujemy prawie do ostatniego wjazdu wyciągu i do bazy.
Dzień czwarty. Teraz już we trójkę. Nabajkparkowaliśmy się, więc plany na kolejne dni są wycieczkowe.
Na początek drugie klasyczne kółko w Izerskich. Kierunek Smrk...
...a potem skręt w żółty.
Żółty szlak ma całkiem nowy przebieg. Górna część lepsza, bo praktycznie bez błota z wyjątkiem jakichś 100 metrów bieżących.
Dalsza część jednak wedle mapy prowadzi już tylko szutrami aż do Polany Izerskiej. Co jest oczywiście złe i pakujemy się w stary przebieg.
I stary przebieg jest wporzo.
Końcówka szutrowa w ładnych okolicznościach przyrody...
...i zalegamy w Chatce na naleśnikach. Małych i drogich, ale wciąż dobrych.