6 czeskich dni, 6 czeskich miejsc
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 3

Dzień 3     23,6 km - AVS 10,1 km/h - Vmax 53,6 km/h - 713 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 5     45,9 km - AVS 10,3 km/h - Vmax 47,1 km/h - 1464 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 6     53,4 km - AVS 11,5 km/h - Vmax 40,6 km/h - 1405 m przewyższeń MAPAGPS

Dzień 1. W garażu godnym czołgu dokonujemy pełnego opancerzenia, bo z domu do wyciągu mamy z górki.
I jedziemy. Ale niedaleko, bo Łukasze jakoś bardzo są zainteresowani kozami. Bardziej niż kozy Łukaszami, pewnie dlatego, że Łukasz nie daje zeżreć rękawiczki.
Wreszcie ludzki start. Wyciąg w Szpindlerowym Młynie na Plan. Coś, czego w tym roku bardzo brakuje w Szczyrku.
Na początek szefu zarządza zielony pieszy. Że niby łatwy, na rozgrzewkę. Może... gdyby był suchy, nie miał belek wzdłuż i w poprzek...
Nie miał korzeni i kamieni...
...i widoków, przez które nie wiadomo było, co robić - jechać czy się gapić, bo jednocześnie nie dawało rady.
Rozgrzewka była, więc zaczynamy testować czerwony Freeride.
Miło, choć nadal widoki trochę przeszkadzają.
I proszę. Chyba pierwsza guma odkąd wspólnie jeździmy. Ola się rozpędza.
Wedle prognoz potem ma cosik popadać, więc póki słońce, startujemy na krótkiego górskiego tripa. Oczywiście z wykorzystaniem wyciągu.
Trochę trzeba podjechać...
...a potem zaczyna się to, po co był ten trip. Zjazdowy singiel.
Hi, hi, hi, teraz to nie ja złapałam gumę...
Singiel to agrafki...
...i widoki...
...i widoki...
...interesujące sekcje...
...i wciąż widoki...
...i widoki.
Po tripie wracamy do bikeparkowania. Dajemy szansę Deep Forest.
Trasa okazuje się prześwietna. Kręcimy więc ze 2 razy i zalegamy na dole na małym conieco, akurat, gdy przychodzi zapowiadany opad.
Po opadzie wbijamy się znów i, ha, ha, ha, Ola znów ma flaka. Dzięku temu poopadowe echa spędzamy kulturalnie pod dachem.
Nudzę się, więc panoramuję.
A potem znów Deep Forest.
Na mokro trochę więcej roboty, ale nadal świetny.
I jeszcze, póki siły, Freeride...
...i Deep Forest.
Dzień 2. Dziś też wyciąg. Tyle, że w drugą stronę, na Medvedin. Plan podobny do wczorajszego - trochę wycieczki, trochę bikeparkowania.
Niestety, okazało się, że nie wpadlśmy na pomysł z wyciągiem jedyni. Grzejemy się więc w słoneczku i czekamy na swoją kolej.
Pół godziny później i 15C mniej jesteśmy na górze.
Tak trochę jadąc, trochę prowadząc, przebijamy się czerwonym do asfaltu, gdzie już pełnoprawnie możemy jechać wśród tłumu, który po wjeździe wyciągiem i 3 km piechotą lekko pod górkę zalegnie w knajpie, zalicząjąc wycieczkę w góry.
Jak to w Karkonoszach, widokowo.
Proszę - 1380 m n.p.m. i przystanek autobusowy. Czynny, bo za chwilę autobus dowozi kolejny tłumek do knajpy.
A tam już Polska.
Oddalamy się trochę od przystanku i zaczyna robić się pusto.
Rozpoczynamy więc kolejną miniwycieczkę.
W dole nasz cel - Rokytnice.
A konkretnie bikepark w Rokytnicy. Na rozgrzewkę kierownik wpuszcza nas w czarną trasę, która jakoś nie przypada nam do gustu, bo tam nawet czikenlajny są niezłym łomotem.
Spotykamy się (planowanie) z Robem i Karolemi i zaczynamy razem testować wszystkie trasy.
Trasy są w sumie 3 - niebieska, czerwona i czarna. Nawet na niebieskiej jest niezły fan. A jak już się człowiek rozjedził, to i czarna stała się przyjaźniejsza.