Sudetia 2014
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

Dzień 1     57,6 km - AVS 12,6 km/h - Vmax 43,2 km/h - 1274 m przewyższeń GPS
Dzień 2     42,9 km - AVS 10,0 km/h - Vmax 43,9 km/h - 1183 m przewyższeń GPS
Dzień 3     45 km zjazdu
Dzień 4     60,2 km - AVS 13,0 km/h - Vmax 46,4 km/h - 1156 m przewyższeń GPS
Dzień 5     54,0 km - AVS 12,2 km/h - Vmax 41,8 km/h - 1289 m przewyższeń GPS
Dzień 6     56,0 km - AVS 10,9 km/h - Vmax 39,2 km/h - 1016 m przewyższeń GPS

Baza wypadowa ta sama - Lipova-Lazne. Co prawda start zawsze pod górę, ale powrót zawsze w dół.
Dzień 1. - rozgrzewka, czyli Rychlebskie Ścieżki. Dojazd oczywiście pod górę, dodatkowo gorąco i wyłazi wczorajszy grill obficie podlany Holbą. Łatwo nie jest.
Zaczynamy od SF, którego Łukasz jeszcze nie jechał. Raz do połowy i szybszy powrót, raz na dół.
Na samym dole zimna Kofola, zimna lemoniada, batonik i ruszamy na Wiessnera nowym leśnym dojazdem. Całkiem miło, choć drogą obok ze 2 razy krócej.
Po kolei: Wiessner, Tajemny, Mramorowy, Wiessner i na pierwszy dzień mamy dosyć.
Zalegam w cieniu, czekając na Łukasza, i strzelam oryginalne makro kwiatka.
Szukamy jakiejś innej drogi na powrót niż zjazd szutrem i znajdujemy zielony. Szlaku początkowo prawie nie widać, za to widać na dole kruszarnię, gdzie mamy zjechać, więc zapowiada się nieźle. I jest - świetny zjazd, początkowo zarośnięty jeżynami, ale w lesie niebezpiecznej przyrody już mniej.
2. dnia pogoda się zbiesiła. Szaro, czasem kropi, a w ICM od 11.00 ma kropić bardziej. Czekamy więc do 11, ale zmian na gorsze nie ma, więc dobijamy powietrza w koła i ruszamy asfaltową dojazdówką.
Ze względu na pogodę, dziś kółko mniejsze z możliwą wcześniejszą ucieczką. Ale na razie trzeba się wbić na tą górę przed nami - Serak.
Temperatura podjazdowa - poniżej 20 C, jednak po prawie 2h asfaltowania siodełka zaczynają uwierać.
Jeszcze kilka szutrowych zygzaków...
...i docieramy do schroniska. Trochę ponad 2h - 19 km i 900 m w pionie. Pogoda w kratkę, zdecydowanie lepiej, niż miało być. Kofola, lekkie podsuszenie kompletnie mokrych koszulek i ruszamy na planowane kółko...
...nieoznakowany trawers Keprnika. Niełatwo było znaleźć wlot, ale daliśmy radę.
Trawers typowy - znaczy prawie całkiem poziomo. Minusem na początku jest kilka bagnistych miejsc, które trudno przejść, nie mówiąc o przejechaniu, ale później całkiem miły dziki singiel. Ponieważ Łukasz przytopił się na początku, nabrał do niego urazu.
Dobijamy do zielonego i zaczynamy zdobywanie Vozki - trochę pchania, trochę walki na korzennych progach...
...i gdy już myślimy, że koniec...
...pozostaje do wepchnięcia całkiem ładny, choć mało rowerowy szczyt.
A dalej coś, po co warto było tu przyjechać - zielony na Sedlo pod Vresovkou. Korzenie, kamienie, krótkie agrafki, wolno i technicznie - super zjazd, choć w paru miejscach nas pokonał. Zdecydowanie do powtórzenia. Zdecydowanie nie na mokro.
Po rzeczce kilkadziesiąt metrów pchania, a dalej lekko techniczny singiel aż do Sedla.
Plan hard był taki, że ciągniemy zielonym przez Tocnik i znów podjeżdżamy na Serak. Na szczęście nam przeszło. Skręcamy więc na czerwony na Keprnik.
To upierdliwe podejście jakoś wyparłem z pamięci po poprzedniej wizycie. Humor jednak poprawił nam spotkany czeski Niemiec w skarpetkach i kubotkach schodzący po kamorach, na któremy z trudem wbijaliśmy się z rowerami...
Ostatnie 'pod górę' za nami - pozostał już tylko zjazd pod samą bazę.
Z krótką przerwą na odsnejkowienie koła.
W schronisku znów Kofola, której Łukasz został fanem, i czeski torcik. Potem doubieramy się na zjazd, bo liczydło pokazuje 13 C i drugi mocny punkt dzisiejszego programu...
...żółty z Seraka.
Gdyby nie to, że Łukasz łapie kolejną gumę na rowie odwadniającym, zdążylibyśmy do domu przed deszczem. Na szczęście jest drzewo, a opad chwilowy, więc do bazy wbijamy się na sucho.
3. dnia rezygnujemy z podjazdów. Rowery do fury, z fury i na wyciąg.
I tak 10 razy. W Koutach zmiany na '+' i na '-'. Doszły dwie dodatkowe a-line'owe linie - na obu czerwonych trasach. Ale na Hrebenovce fajny singiel przez las wzdłuż nartostrady właśnie przerabiali na a-line, podobnie jak singiel za mostkiem. Szkoda, dla odmiany mogłyby zostać takie dziksze odcinki.
Ostatnie przeloty robimy z DHowcami z Polski i dowiadujemy się, że źle nam nie idzie...
Dzień 4. Znów prognozy słabe - od 11.00 kropi, od 17.00 leje. Się zobaczy, bo na razie jest super. Klasyczny start - asfaltowanie pod górę.
Tym razem walczyć będziemy z Smrkiem. Chwilowo na szlaku wygląda, jakby wszyscy piesi mieli dziś ten sam cel.
Jednak 99% dociera tylko do pierwszego leśnego baru.
My uparcie kręcimy dalej. Minęła 11, w górze zrobiło się szaro, ale na szczęście kropienie na razie nie występuje.
Tym razem niecałe 2h i jesteśmy. Koszulki znów kompletnie mokre. Łukasz optymistycznie dosusza swoją przy 14 C.
Śnieżnik w chmurach. Raczej go odpuścimy. Tylko zielonego w dół szkoda...