Transsudetia 2
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 4

Dzień 1     50,1 km - AVS 11,8 km/h - Vmax 64,7 km/h - 1283 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 3     83,3 km - AVS 13,1 km/h - Vmax 57,0 km/h - 1920 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 4     69,5 km - AVS 13,0 km/h - Vmax 46,4 km/h - 1795 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 5     75,0 km - AVS 15,9 km/h - Vmax 54,1 km/h - 1329 m przewyższeń MAPAGPS
Dzień 6     47,8 km - AVS 11,9 km/h - Vmax 49,4 km/h - 1389 m przewyższeń (z gondolką 440 m) MAPAGPS
Dzień 7     48,3 km - AVS 11,1 km/h - Vmax 45,6 km/h - 1593 m przewyższeń (z gondolką 440 m) MAPAGPS

Dzień 1. Poranek dość rześki. Łukasz próbuje założyć bluzę, którą chwilę wcześniej wypakował w bazie, "bo będzie ciepło"...
No i robi się ciepło gdy tylko zjeżdżamy z asfaltu w teren.
Plan na dziś - Rychlebskie ścieżki kryjące się w paśmie przed nami.
Aby nie tracić wysokości, włączamy się na chwilę w System Transportu Zbiorowego.
Po 45 minutach spokojnego dojazdu lądujemy na wlocie Tajemnego. Opróżniamy zbiorniki i jazda!
Zlatujemy na sam dół ścieżek i staramy się jak najsprawniej wrócić do Wiessnera. Zajmuje nam to oczywiście dobrą godzinkę i parę kilometrów kręcenia się w kółko.
Wreszcie trafiamy na wlot. Korzystając ze słońca i wolnego mostka, wciągamy batoniki w pięknych okolicznościach przyrody.
Tym razem wspinamy się na samą górę, do Walesa.
Oczywiście nie możemy nie przetestować nowości. Niezłe połączenie z Tajemnym.
Drugi przelot zdecydowanie lepszy - nie jedziemy już jak klocki.
Tym razem od razu z Mramorovego wracamy do Wiessnera. Wygląda, że batoniki pomogły, więc po raz drugi przysiadamy na mostku.
I znów w górę na Tajemny.
Trzeci przelot był już bardzo udany (pewnie przez batoniki). Nie "mostkujemy", bo pojawiła się kupa luda i od razu kręcimy w górę serpentynami.
Na pierwszy dzień w górach wystarczy. Dobijamy koła na szutry, rezygnujemy z pchania się czerwonym przez Sokoli vrch i wracamy po śladach.
Powrót do bazy zajmuje tylko pół godziny. Na sam koniec załapujemy się na szybki zjazd po starym przebiegu niebieskiego - czyli na szagę zamiast zygzakami spadamy do Lipova-Lazne...
...gdzie pod czujnym okiem przodowników pracy...
...lądujemy wreszcie na czeskim piwie i knedlikach. Brakowało nam tego od przyjazdu.
Wieczorne zwiedzanie 'miasta' zaczynamy od szklarni naszej gospodyni, która to szklarnia okazuje się całkiem dobrze zaopatrzona.
Potem, po kolejnym piwie, spotykamy kotopsa...
...oraz odkrywamy, że frakcja bajkerów w Czechach silną jest.
Niestety, niepotrzebnie się oszczędzaliśmy poprzedniego wieczora. Drugiego dnia od rana leje i nie wygląda, jakby miało przestać. Pół dnia słuchamy czeskiego radia i pół dnia uzpełniamy czeskie płyny.
Dzień 3. wygląda już tak, jak powinien wyglądać każdy na wypadzie rowerowym. Ruszamy na Smrk.
Dwudniowy trip z plecakami na Czarną Górę wypadł przez deszcz, ale postanawiamy skondensować te dwa dni do jednego.
Najpierw jednak musimy minąć strażnika drogi. Nie ustąpił ani przed samochodem, ani przed nami. Co więcej, nie zaszczycił nas nawet spojrzeniem, więc pewnie okazaliśmy się godni.
Pogoda i temperatura do jazdy idealna, więc szybko nabieramy wysokości.
Pierwszy Horni bar, taki bardziej klasyczny, był oblegany przez pieszych. Do tego, bez piwa, docierało już o wiele mniej osób.
Ostatnie kilkaset metrów zielonym...
...i lądujemy na Smrku. Długo nie zabawiamy, bo mimo słońca licznik pokazuje 11C...
Nie jesteśmy pierwsi. Czesi na trekingach ostro już walczą z granicznym singlem.
Pierwszy zjazd dzisiejszego dnia. Od razu poziom endorfin rośnie.
Niestety, na odcinku Smrk-szlak zielony, graniczny singiel w niemałej części został poszerzony przez ciężki sprzęt. Na szczęscie na samym zielonym do przełęczy nic się nie zmieniło.
Na samej przełęczy zabawiamy krótko i atakujemy żółty do szutrowego trawersu E3 na Śnieżnik. Pierwsza połowa jest bardzo OK, potem robi się szerzej.
Od Głębokiej Jamy zaczyna się już konkretny podjazd.
Ponieważ już stuknęło ponad 40 km, decydujemy się nie atakować samego Śnieżnika. Dwudniowy trip miał obejmować nocleg pod Czarną Górą i śmiganie trasą FR, ale deszcz wymusił zmianę planów. Następnym razem...
Głównym celem jest teraz zjazd zielonym granicznym. Im wyżej wjedziemy, tym więcej będzie zjazdu, więc wbijamy się wyżej i wyżej.
Odpuszczamy dopiero na Stribrnicka sedlo. Dalej na Śnieżnik to już orka po kamorach. A jeszcze musimy wrócić.
Wpasowujemy się we właściwy szlak i nabieramy energii na zjazd.
Zielony początkowo jest ciekawy...
...po chwili robi się świetny. Więc dalej zdjęć brak.
Wracamy zielonym bagnisto-borówkowym na przełęcz i odnajdujemy skrót, dzięku któremu...