Transsudetia
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 4
Bryka rozładowana, ale żadnemu z nas nie chce się dalej walczyć z tym bałaganem.
Ponad 2 godziny zajmuje nam podjęcie jakichś decyzji, co kończy się wyprawą do Stronia w poszukiwaniu sklepu i zaprowiantowaniem na grilla w pięknych okolicznościach przyrody.
Bałagan z podjazdu po prostu przerzuciliśmy do pokoju i gitara.
Dzień 1. jazdy to kółko aklimatyzacyjne. I pierwsze niepewne próby na rowerze w górach.
Rozpoczynamy prawie 3h zdobywanie Śnieżnika w wersji hard od czeskiej strony.
Początek do przełęczy Płaszczyna i przejścia granicznego idzie łatwo...
Na przełęczy skręcamy na zielony. Niestety, na początku szlak został rozjechany przez drwali. A potem zrobił się błotnisty i zatrzymanie się groziło wciągnięciem, więc fot brak.
Jednak gdzieś tak od połowy zielony zrobił się taki, jaki miał być - singiel wśród jagodników.
Przy żółtym na polską stronę płynnie przeskakujemy na stronę czeską na szlak czerwony, który nadaje się do jazdy.
Inny świat - ujęcie pitnej wody, kubeczek, rozpiska składu wody, czysto...
Aby nie było za łatwo, Łukasz krótkie podejścia pokonuje na jednej nodze.
Powoli wbijamy się coraz wyżej.
Już przed południem panuje całkiem miła temperatura...
Robi się widokowo.
Jeszcze jeden zakręt...
...i Śnieżnik jak na dłoni.
Ale najpierw ładnych kilkaset metrów porządnej walki z kamorami przy aplauzie mijanych turystów. Zdecydowana większość (szlaku, nie turystów) do przejechania.
Na kamorach wyprzedziliśmy grupę Czechów na trekingach. Mają zapał, bo ze szczytu w dowolną stronę będą sprowadzać...
Dopiero sama końcówka skutecznie zdejmuje nas z siodełek.
Podziwiamy widoki, pamiątkowa fota i grzejemy w dół do schroniska.
Dynamicznie.
Ciężko przyszło w górę, łatwo poszło w dół. Ciągniemy bezpłciowym czerwonym przez Żmijowiec.
Ze Żmijowej Polany nie chcemy zjeżdżać szutrem pod wyciąg, a nie znamy tras, więc decydujemy się na piesze zmęczenie Czarnej Góry po nartostradzie.
Omijamy sam szczyt, trawersem przedostajemy się na czerwony, który wreszcie się lekko znarowił...
...i zjeżdżamy na przełęcz Puchaczówkę.
Uzupełniamy zapasy w niepozornym sklepiku...
...i dość lajtowym, choć szybkim czerwonym z tendencją w dół, kręcimy do Lądka.
Potem asfaltem przebijamy się przez miasto do zielonego granicznego. W oddali po prawej Śnieżnik i Czarna Góra, które zwiedzaliśmy koło południa.
Zaczynamy walczyć z zielonym. Jednak początkowo w większości jest albo nieprzejezny po granicy, albo jest szerokim duktem leśnym...
...więc zniechęcamy się i spadamy do Nowego Gierałtowa, skąd asfaltem wracamy do Bolesławowa...
...który to Bolesławów ma jeden z ładniejszych miniryneczków, jaki widziałem.
Wkręcamy się do dziecięcej grupy tanecznej, gdzie załapujemy się na obiad za 15 zł i kończymy dzień 1.
Dzień 2. to początek 3-dniowej wyprawy na Rychlebskie Ścieżki. Rozpoczynamy znów od podjazdu na przełęcz Płaszczyna.
Tym razem skręcamy jednak zielonym granicznym na wschód i po wydostaniu się z przełęczy...
...docieramy do polecanego granicznego singla.
Mimo, że na razie tendencja w górę, singiel sprawia wiele radochy.
Ostatnie podejście pod Razowiec...
...a dalej już cały czas w siodełku.
Zgodnie z instrukcjami, olewamy zielony, który zjeżdża do doliny i trzymamy się cały czas granicznej ścieżynki.
Jest pięknie.