Transcarpatia 2010
18+ Bad Language

Moja trzecia Transcarpatia. I, o ile nic się nie zmieni, chyba ostatnia, mimo, że pierwsze wkurwienie już mi przeszło...


VII Transcarpatia

Los Diabolo SOLO PRO

Łukasz z różnych powodów musiał po raz pierwszy zrezygnować z TC, ja jeżdżę po górach sam i nie zniechęca mnie samotne pedałowanie, więc pożyczyłem od niego nazwę i tym razem wystartowałem w kategorii SOLO. Nowością był podział na TC PRO, FUN i ROAD. ROAD w ogóle nie doszedł do skutku, FUN to ja sobie robię, wypadając na weekend w góry, więc pozostało SOLO PRO.
Jak poprzednio moja lepsza połowa zapakowała psa do samochodu i została na tydzień kierowcą wozu technicznego, fotografem i drobną pomocą na bufetach.

Wciąż nie jestem przekonany, co do wariantów TC. Z jednej strony podział FUN/PRO był w miarę sensownie rozwiązany - nie trzeba było się deklarować na początku. Po prostu FUN nie musiał zaliczać pewnych punktów kontrolnych. Jadąc PRO i omijając taki punkt, 'spadało' się już na stałe do FUN. Z drugiej strony Transcarpatia to Transcarpatia - wolałbym nie musieć uściślać, że przejechałem pełną, a nie lajtową wersję wyścigu pretendującego do najtrudniejszego wieloetapowca w Polsce...

TC2010 Trasy 2010
Trasy same z siebie nie były ekstremalne. Jednak w połączeniu z pogodą, dały niezły wycisk. Pierwszego dnia zaczęło padać i walić koło nas piorunami o 10.00, skończyło o 19. W moim przypadku było to 11h w padającym deszczu, jazdy pod prąd lub z prądem rwących strumyczków. Mimo to byłem twardy - jako jeden z niewielu właściwie cały ten etap przejechałem terenem. Drugiego dnia zaczęło lać tuż po 17, kiedy na trasie było jeszcze sporo zawodników. Trzeciego dnia, po skróceniu etapu, trzeba było dojechać 30 km asfaltem do bazy i wielu uczestników znów załapało się na deszcz...

Pogody nie można było przewidzieć. Jednak oprócz błota, którego było coraz więcej, im dalej na wschód, problemem było zniszczenie szlaków przez wodę. A to już nie kwestia ostatnich 1-2 tygodni, ale całego sezonu. Nie tylko większość podejść, ale też część zjazdów była właściwie nieprzejezdna - głębokie żleby, powypłukiwane kamienie i korzenie, piasek oraz gigantyczne ilości błota często uniemożliwiały jazdę.
Marcin powiedział, że trasy były wytyczane zimą. Cóż, w zeszłym roku pewnie byłyby OK, ale w tym 80-90 km etapy były przegięciem - biorąc pod uwagę panujące w sezonie warunki, należało je w trakcie lata zweryfikować - ja, będąc w górach już w maju, widziałem, co się dzieje. A z paru zdań, które wymieniłem z Ryglem wyglądało, że nie ma pojęcia, jak faktycznie wyglądają w tym roku szlaki, po których nas puścił. Na przykład sugerowana trasa 2. etapu z Hali Miziowej wiodła czerwonym na przełęcz Glinne - przez pierwszą połowę znosiliśmy rowery. Na ostatnim etapie zostały zlikwidowane 2 punkty na czerwonym szlaku przez Tokarnię, który to szlak był bardzo sympatyczny i właściwie całkowicie przejezdny, a zostawiony zostały 1. punkt, z którego był problem nie tylko z jazdą, ale nawet ze sprowadzeniem rowerów.

Było więcej asfaltów niż w zeszłym roku (3. skrócony etap to 30 km dojazdu asfaltem pod Turbacz i 17 km terenu Turbacz-Gorc do Ochotnicy), a co najważniejsze, punktów kontrolnych albo było mało, albo były tak porozmieszczane, że 'szosowcom' znów opłacało się wbić na punkt, zjechać tą samą drogą i objechać pasmo asfaltem. Nie da się ukryć, że z uwagi na warunki, niektóre odcinki warto było objechać, zamiast tonąć w błocie, ale część tras (np. zjazd z Wielkiego Rogacza do Piwnicznej) była super, a i tak duża część wybierała powrót i szybszy asfalt.

Na każdym etapie był jeden bufet. Zdecydowanie za mało na etapy 80-100 km. Byłem zmuszony uzupełniać wodę w sklepach lub w górskich strumieniach...

Podsumowując - nie wyjeździłem się po górach. Fajnie, że pojawiła się Wielka Racza czy Gorc. Jednak pogoda zbyt mocno zaszalała w tym sezonie, aby puszczać tak długie etapy w terenie. Z kolei omijanie ich asfaltami w ogóle mnie nie pociąga. Było mało fajnych przelotów, które dało się przelecieć, jeszcze mniej fajnych zjazdów, które dało się zjechać, za to dużo chodzenia...
Powtórzę to, co pisałem już przy wcześniejszych relacjach. Ideałem są krótsze, ale jak najbardziej terenowe trasy. Przy 60-70 km nawet w trudnych warunkach jest szansa przejechać całość i zmieścić się przed zmrokiem. Skoro miało być i tak 7 etapów, trzeba było zagęścić bazy TC i do Baligrodu dojechać dopiero ostatniego dnia, a nie planować 100 kilometrową pętlę Baligród-Baligród po bieszczadzkich błotach, z której i tak nic nie wyszło, ponieważ została w całości odwołana.

TC2010

Trochę cyferek:

Etap 1 Etap 2 Etap 3 Etap 4 Etap 5 Etap 6
Długość [km] 88,3 85,5 54,6 48 106,4 71,5
Średnia V [km/h] 9,6 12,6 12,4 10,6 13,9 12,1
Maksymalna V [km/h] 56,8 53,2 60,2 50,7 53,3 48,7
Przewyższenia [m] 2122 2942 1360 1550 2464 1558
Czas etapu [h] 11'16 8'11 5'00 5'35 9'37 6,27

Paczka tracków.




Chaos
Ponieważ zawsze załatwiałem noclegi we własnym zakresie, wiele niedociągnięć organizacyjnych mnie omijało, z pozostałymi potrafiłem się pogodzić i jakoś szło, czy też jechało. Jednak w tym roku zbyt wiele mnie dotknęło, zbyt wiele usłyszałem, no i jeszcze ta wisienka na sam koniec...
Zaczęło się, nim jeszcze zaczęła się sama Transcarpatia.
Mimo kilkukrotnych próśb o dokładne namiary baz, jedyną informacją, jaką otrzymaliśmy na tydzień przed startem były '[...]polecane hotele w bezpośrednim sąsiedztwie bazy zawodów.' Dodatkowo okazało się, że baza w Rabie Wyżnej nie jest w Rabie, ale w Spytkowicach, 10 km dalej. A na pierwszej odprawie, że 'bezpośrednie sąsiedztwo' Hotelu Nawigator w Szczawnicy oznacza w gruncie rzeczy Jaworki też 10 km dalej...
Potem już praktycznie codziennie pojawiały się kolejne problemy...
W Spytkowicach zabrakło śniadania dla tych, którzy przyszli trochę później (bo np. dojeżdżali z Raby) - musieli kupować je sami.
Człowiek, który połamał się za Szczawnicą, wracał ze szpitala stopem, bo organizator w ogóle się nim nie interesował. Jego znajomi nie mogli uzyskać żadnych informacji, gdzie w ogóle można go znaleźć.
W Iwoniczu zmarznięci ludzie zjeżdżający po nocy nie dość, że nie załapali się na regenerację, to odbijali się też od zamkniętej o 22.00 kuchni w ośrodku, do którego w ogóle było trudno trafić z mety - nie było oczywiście nikogo, kto pokazywałby drogę. Nikt nie wpadł na pomysł zapewnienia choćby termosu z gorącą herbatą...
Pokojowy Patrol w większości zajmował się chlaniem w nocy, odpoczywaniem w dzień i wpierdalaniem regeneracji, bo przecież wielce się męczyli siedzeniem na dupach. Nie wyrabiali się z rozstawianiem bufetów, mety i namiotów przed pierwszymi zawodnikami. Na bufetach szczali po krzakach, dłubali między palcami nóg, a za chwilę kroili arbuzy... Nie były obstawione wjazdy na metę, która na większości etapów była niewidoczna z trasy, więc przypadkowi ludzie lub inni zawodnicy kierowali pozostałych uczestników na właściwą drogę. Szacunek jednak należy się ludziom obstawiającym punkty kontrolne. Szczególnie tym, którzy trafili na jakiś wredny punkt - ostatni/w środku niczego - albo trafili na złą pogodę. Dla nich brawa za wytrwałość.
Od Iwonicza jeździła z nami jedna karetka z ratownikami medycznymi, bez lekarza, aby ograniczyć generowanie kosztów.
Nie było ŻADNYCH nagród dla zwycięzców na zakończenie. Obiecano wpisowe na przyszłą edycję oraz dyplomy pamiątkowe dla wszystkich, ale ja jak dotąd nie otrzymałem nic nawet za 2008 rok...
Nie wymieniam już rzeczy, które usłyszałem z drugiej ręki...

Generalnie odniosłem wrażenie, że po tym, jak zapłaciliśmy, organizator ma nas w dupie. Sam nie jest w stanie kontrolować imprezy i ma nadzieję, że jak już ruszy, to jakoś potoczy się siłą rozpędu, a ludzie będą radzić sobie sami, nie mogąc liczyć na jakąkolwiek pomoc z jego strony. A właśnie to jest najbardziej pamiętane i zniechęcające - brak pomocy w sytuacji awaryjnej. Było tak w 2008 z hamulcem Austryjaka, było tak w tym roku z transportem Rafała z eRKa Solo. Jak napisałem rok temu, drobny element chaosu jest do przyjęcia, ale zlewanie ludzi, którym dałoby się pomóc niewielkim lub żadnym kosztem już nie.
I dopóki nie stanie się coś poważnego, będzie się to tak byle jak kręcić. Ale jak już coś walnie, to z wielkim hukiem. I nie chciałbym tam wtedy być...
Nie życzę źle Transcarpatii. Nie życzę źle Marcinowi. Bardzo odpowiada mi idea przyporządkowania tygodnia w roku tylko i wyłącznie rowerowi oraz niewielkiej dozie rywalizacji. I wciąż chciałbym, aby tak było. Jednak bez wyraźnych oznak, że coś się zmieni w 2011, będę musiał rozejrzeć się za innymi możliwościami. Bo wydanie sporej kasy na imprezę, z której wyjeżdżam wkurzony nie pasuje do mojej wizji świata.

Wisienka
Wisienka TC2010 Wygląda na to, że trasy TC nie są w ogóle uzgadniane z miejscowymi władzami, choć być powinny. Na 5. etapie już turyści w Ożennej byli zdziwieni, że będziemy jechać drogą, na którą nie wpuszczają nawet pieszych. No ale skoro tam leci trasa sugerowana, to pojechaliśmy. I mieliśmy szczęście w nieszczęściu.
Przejechaliśmy, a po jakimś czasie pojawiła się przy szlabanie straż leśna i nie wpuszczała kolejnych zawodników. Byli zmuszeni zjeżdżać do Krempnej i podjeżdżać na bufet i punkt, nadkładając około 15 km.
My tymczasem walczyliśmy dalej z asfaltem, deszczem, wnosiliśmy na plecach rowery na Cergową 400 m w pionie, zjeżdżaliśmy z niej po kostki w błocie. Pod koniec udało mi się wykonać skuteczną ucieczkę przed kilkuosobowym peletonikiem... Dotarłem na metę o 18.40 po 106 km.
Tymczasem część ludzi, którzy musieli zjechać do Krempnej, z uwagi na późną porę i zmrok olała punkt na Cergowej i asfaltem dojechała do Iwonicza. I temu się nie dziwię.
'Sprawiedliwe', według Rygla, rozwiązanie sprawy usłyszałem dopiero w Baligrodzie i myślałem, że wyjdę z siebie. Jako koniec zliczania czasu całego etapu potraktował 5. punkt kontrolny! Na 50. kilometrze, po niecałych 5h jazdy od startu! Kolejne 60 km i 5h jazdy, w tym masakryczne podejście z rowerami na plecach pod Cergową poszło się jebać! Jak, kurwa, można wpaść na tak poroniony pomysł?!? Nie dość, że dał dupy z wytyczeniem trasy, to jeszcze miał gdzieś wysiłek i upór tych, którzy Cergową zaliczyli. Przecież wystarczyło np. darować zawróconym zawodnikom PRO niezaliczenie Cergowej i odliczyć im 1h z generalki - wydaje się mi to dość sensownym rozwiązaniem...
Ta sytuacja tak mnie wkrurzyła, że nawet nie żałowałem odwołania ostatniego etapu i jazdy po całkowicie dziewiczych dla mnie terenach. Oczywiście teraz żałuję, ale nie decyzja mnie nie dziwi. Marcin wolał zmyć się dzień wcześniej niż np. skrócić trasę o połowę i ciągnąć imprezę dzień dłużej...

Plusy
Przede wszystkim sami uczestnicy, którzy są chyba obecnie jedynym ogniwem trzymającym całość do kupy. Choć, rozmawiając na koniec, spora część miała wielkie opory przed kolejną edycją.
Praktycznie połowę TC przejechałem w tym samym sympatycznym towarzystwie, co zresztą widać na fotach, dzięki czemu łatwiej było walczyć z okolicznościami przyrody.
Dobrze sprawował się serwis - chłopaki mieli co robić przy panujących błotnych warunkach, a ceny mieli naprawdę przystępne. Tłoczka do Hayesa co prawda nie udało im się skombinować, ale rano miałem założonego jakiegoś taniego mechanika, który spokojnie dał radę do samego końca. A rozliczyłem się chyba dopiero po 3 dniach...
Była też niezła obsługa fotograficzna. Co prawda zewnętrzna i płatna, ale pojawiali się w ciekawszych miejscach na całej trasie. Efekty w linkach na dole.
Posiłki były chyba 'bardziej sportowe' niż rok temu i smaczne, choć 2 razy była kasza, której nie znoszę. Najgorzej pod tym względem wypadł Iwonicz. Parę osób źle wspomina też Krynicę, choć mnie akurat żarcie tam bardzo pasowało i nie zaszkodziło.

Straty
Na pierwszym masakrycznym etapie, rozwaliłem przedniego Hayesa - zjechałem prawie nowe klocki, potem zjechałem blachy, a na końcu tarcza rozwaliła tłoczek zacisku. Tylny hamulec hałasował tak samo na zjazdach, a jednak klocki w nim były...
Przy OTB pierwszego dnia glebnąłem na bok, gdzie w kieszeni miałem okulary - działały potem jako tako tylko dzięki taśmie na krokodyle.
Złapałem jedną gumę - na asfalcie...
Już po musiałem rozebrać i zregenerować łożyska w sterach, zawieszeniu, bębenku, bo codzienne taplanie się w błocku i mycie roweru karcherami lub strażackimi wężami cokolwiek je unieruchomiło...

Wyniki

Skończyłem na 9. miejscu w SOLO PRO na 21 finisherów. Choć gdyby sprawa 5. etapu została rozwiązana w normalny sposób, skończyłbym pewnie ze 2 miejsca wyżej.

Zdjęcia i relacje

W mojej galerii nie ma wszystkich zdjęć, które nastrzelaliśmy z kobietą. Jeśli ktoś ma napór, mogę nagrać i wysłać, bo jest tego 550 MB.