Odwirusowywanie
Startowa [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

Dzień 1     52,8 km - AVS 13,2 km/h - Vmax 44,3 km/h - 1777 m przewyższeń (449 m wyciąg) GPS
Dzień 2     45,6 km - AVS 12,5 km/h - Vmax 48,3 km/h
Dzień 3     18,8 km - AVS 7,1 km/h - Vmax 40,1 km/h - 928 m przewyższeń GPS

Ponieważ rząd ma nas w dupie, bo jak zwykle zakazy wchodzą w ostatnim momencie, my też mamy rząd dupie. Wykorzystujemy małą, ale legalną furtkę, aby spędzić pierwszy łikend minilockdownu w górach.
Upierałem się na tripa, więc mam tripa. W samym Szczyrku w listopadzie wszystkie wyciągi stoją, więc pozostaje korba. W planie powtórka pętli sprzed 2 lat.
Kręcenie pod górę szybko neutralizuje poranną temperaturę.
Podjazd na Skrzyczne ma, nie wiem dlaczego, wielką odstraszającą moc, zostawiamy zatem Skrzyczne za plecami i kierujemy się w drugą stronę - Klimczok.
Napęd 34/46 słabo sprawdza się na normalnych tripach, jednak Łukasz trzyma tempo. Sprawy nie ułatwiają mu półkapcie, które, zaaferowany tripem, zapomniał podmienić na dole. Ale i tak są lepsze niż na bosaka.
Zaczynają się widoki.
Widoki w pełnej krasie. Nawet smog w dole ma swoje walory wizualne.
Klimczok już prawie w zasięgu ręki.
Przez chwilę kusi Bebok, ale postanawiamy trzymać się planu...
...co wiąże się jeszcze z małym wypychem dookoła szczytu.
Odtąd już prawie wyłącznie w dół.
Kierunek Błatna...
...i cel wycieczki - Harcerski.
Górna część całkiem ok, dół tak zasypany liśćmi, że w pewnym momence wylatujemy grupowo ze szlaku.
Wysoki poziom wody w strumieniach, temperatura i wizja długiego kręcenia zniechęcają do szarżowania.
Trochę kilometrów asfaltem i docieramy do gondolki. Pieszych brak, ale rowerowa kolejka jak latem.
RocknRolla. Gdyby była browarem, byłaby butelką ciepłego, zwietrzałego piwa, tyle że ostatnią znalezioną w niedzielny poranek. Ponieważ jako jedyna prowadzi w interesującym nas kierunku, pijemy z krzywym uśmiechem.
Okrążamy szczyt Koziej...
...i docieramy do trasy będącej rehabilitacją po RnR.
Lecimy.
Olewamy sekcję 5. i szykujemy się mentalnie na powrót do domu. Łukasz nie wie, ja już wiem, co to będzie...
Trochę asfaltami...
...trochę polnymi drogami...
...trochę kostką walczymy kilkanaście kilometrów XC. Udaje nam się wrócić przed odpaleniem latarni, więc lepiej niż 2 lata temu.
W niedzielę chłopaki nie chcą słyszeć o kolejnym tripie, poza tym podobno mamy tu spotkać sporo znajomych. Więc Szyndzielnia. Początkowo kolejka pieszych do drugich schodów trochę nas przeraziła, ale na szczęście rowerowa taka na 20 minut, więc nie było tragedii.
Na rozgrzewkę najpierw mały wypych...
...a potem Borsuk. Generalnie tego dnia na Borsuku spotkaliśmy więcej rajderów niż przez cały sezon.