Listopad nienormalny
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

Dzień 3     52,2 km - AVS 11,7 km/h - Vmax 43,2 km/h - 1777 m przewyższeń (449 m wyciąg)

Świętowanie zaczynamy już halloweenową późną nocą. Cztery trumienki na głowę zabierają nam trzy pierwsze godziny czwartku, więc na trasach nie lądujemy wczesnym rankiem. I podjeżdżanie idzie słabo.
Temperatura bardzo mało pierwszolistopadowa. Kożuchy musimy upychać do plecaków.
Nocne lęki zaczynamy rozpraszać na Cyganie. O dziwo, po 6 tygodniach bez roweru i z lekkim bałaganem w głowie leci mi się dobrze.
Pingwin narzeka bardziej, ale jakoś się stacza.
Daglezjowy bardzo się dzisiaj ciągnie, więc Pingwin napiera na podjeżdżanie w starym stylu.
Też idzie ciężko, ale za to jest ładnie.
Na drugi przelot Kamieniołom.
Na trzecie kółko dołącza wreszcie Witek, który poświętował wczoraj jeszcze mocniej, sądząc po ostatnich nocnych wrzutach na Messengerze. Szacun, że w ogóle dotarł.
Zniczowy tryptyk kończymy na ostatniej wartej zachodu trasie.
Witek lęków poalkoholowych chyba nie ma.
Tam ląduj! Tam ląduj!
Poprawiamy fragmenty przelecone czikenlajnem i kończymy ciężki pierwszy dzień.
Drugiego dnia stan osobowy się powiększa. Czekając na Seba, który zabłądził od rana na Magurkę, chłopaki podziwiają pierwszego 29 calowca w ekipie.
Na początek start z samej góry - Borsuk.
Doping na grafkach.
Skuteczny, mimo że Ola też po długiej przerwie bez roweru.
Wciąż Borsuk.
Jest dobrze, mimo że Seba wykonuje klika sztuczek z nakrywaniem się rowerem. Jednak na tyle sprytnie, że nie daje się złapać na żadne zdjęcie, a przyroda nie okazuje się zbyt agresywna.
Pierwsza i ostatnia guma na trasie podczas wyjazdu, na dodatek złapana "na niczym". Całkiem nieźle, jak na liczbę osobodni.
Nie dostałem nawet odznaki za niebezpieczne warunki pracy.
Może tajemniczy efekt proporcji na zdjęciu próbuje przekazać, że mały robi małe glebki, duży robi duże? W każdym razie na drugim przelocie Dziabarem Witek kumuluje wszytkie glebki Seby w jedną solidną i ostateczną.
Całkiem sprawnie, jak na Bielsko, wizytujemy SOR, pakujemy Witka, robimy kanapeczkę i wyprawiamy do domu na dłuższą rekonwalescencję z wielocośtam obojczyka.
Kolejny dzień to brak Witka, Seba, słońca i dziesięciu stopni celsjusza. Za to wkracza Rob na prawie dziewiczym nabytku. Mógłby chociaż kolor wziąć inny...
W planach była wycieczka w Żywiecki, ale po nocy deszczu i obecnej pogodzie postanawiamy zrobić pętlę lokalną.
Wyciąg nie działa, pozostaje więc podjeżdżanie.
Najpierw jest klimatycznie...
...a potem zaczyna się przecierać.
Jak na razie, Rob częściej odzywa się do roweru niż do nas.
Uparcie kręcimy.