Między burzami
Home
Tym razem nie prosto z drogi, ale po ludzku, po piwku wieczorem i śniadaniu rano w Szczyrku. Dzięku temu już o 10 meldujemy się na Magurce. Pingwin większość rzeczy dobiera kolorystycznie, ale z plecaczkiem mu się nie udało.
Każdy inaczej szykuje się na dzień pełen wrażeń.
/mode Czubówna on/ Strażnik surykatek wypatruje zagrożenia, aby w porę ostrzec stado przed niebezpieczeństwem. /mode Czubówna off/
Na rozgrzewkę TW.
Rozgrzewka jest konkretna, bo na trasie wylazło tyle kamorów, że łomot jest fest.
Na drugi przelot Boxer 3.
Pierwsze nie do końca udane podejście do przelotu przez strumyk.
Kolejne dwa podejścia udane.
Trzeci podjazd idzie chłopakom słabo, na granicy rezygnacji. Mi za to całkiem okey, w odróżnieniu od zjazdów, na których nie mogę się rozpiąć...
Ale nagrodą jest Czarownica.
Po 3 kółkach opuszczamy słoneczną Magurkę i wracamy do Szczyrku. Tu pogoda mocno odmienna. Nie jest jakoś późno i kierownik namawia nas na Skrzyczne.
Nad Klimczokiem błyska, grzmi, ale tu jest całkiem OK.
Idzie dobrze. Za dobrze. 500 m od asfaltu, a 1000 m od bazy burza przerywa sielankę. Zaczyna lać tak, że jesteśmy mokrzy, nim zdążymy się ubrać, dodatkowo z nieba lecą bryły lodu wielkości śliwek. Dobrze, że mamy kaski, bo boli...
Rano pada. Wciąż i wciąż. Pingwin, po zrobieniu wieczorem afery piorąco-suszącej, bierze dupę w troki i wraca. A my nie do końca - postanawiamy zatrzymać się w Bielsku i zobaczyć, czy nie da się czegoś pojechać. I tak buty i ciuchy mokre...
Nie uczymy się na błędach dnia poprzedniego i mimo mruczącej zza drzew burzy postanawiamy zaufać plamkom niebieskiego i prognozie w ICM.
Nie jest źle. Jedyną dziwną rzeczą jest to, że wszyscy na Daglezjowym nas wyprzedają. Jakiś motorower czy krosiarz OK, ale goście i kobitki na endurówkach? Podejrzane.
Test Cygana.
Trasa została poprawiona. Nie ma już takiego korzennego łomotu jak na początku roku, podsypane nowe bandy. I nie jest ślisko.
Im niżej, tym pogodowo lepiej.
Skoro tak, to kółko numer 2.
I znów Cygan.
Pod koniec Łukasz urywa klocek w oponie i mleko się rozlało. Niby można ratować się dętką, ale traktujemy to jako znak, bo na dole słońce nagle znika. Szybkie pakowanie i do domu.
Okazuje się, że to był bardzo dobry pomysł na zakończenie udanego łikendu.