Szczyrk solo i w duecie
Home

Dzień 1     56,1 km - AVS 12,1 km/h - Vmax 56,5 km/h - 1742 m przewyższeń z wyciągiem (192 m) MAPAGPS
Dzień 2     45,5 km - AVS 11,2 km/h - Vmax 56,5 km/h - 1401 m przewyższeń MAPAGPS

Sobotni poranek, godzina 8.00 - równo szaro i leje. Jednak o 10.05 nagle błysnęło niebieskim...
...więc o 10.30 siedzę już samotnie na wyciągu i jadę w nicość.
Im wyżej, tym bardziej słońce przegrywa z chmurami. Ale jest ciepło, nie pada i są góry.
To ostatnie słońce, jakie będzie mi dane widzieć przez najbliższe parę godzin.
Właściwie to jestem jakby w niebie. Chmury nad głową, chmury pod nogami...
Raz trochę widać, raz nie widać nic. Baraniej nie widać nic a nic, ale wiem gdzie być powinna.
Przetaczam się przez szczyt i ruszam na Przysłop. Pierwsze 100 m korzeni zawalone drzewami, na szczęście dalej jest już OK. Ale ślisko, jak... jak... Bardzo ślisko.
A niżej, nie dość, że widoki, to jeszcze sucho. No i tam, gdzie mnie nie ma, błyszczą plamy słońca.
Ponieważ jechało mi się bardzo dobrze, skręcam przy Stecówce na czerwony. Myślałem, że się utopię w błocku, a okazało się, że jest sucho, jak nigdy. Niosłem rower może z 5 m. A sekcje korzenne pod koniec coraz większe...
Omijam szczyt Kubalonki zielonym szlakiem i po raz kolejny próbuję znaleźć, którędy biegnie on poniżej Kozińców. Po raz kolejny mi się nie udaje i wracam do zielonego po pętelce czarnym.
Szykowałem się na podjazd na pasmo Gościejowa, ale moją uwagę przykuł przydrożny bilboard. Niby jeszcze lato, te 200 m mogę podjechać i sprawdzić.
Jest nawet mapa i jest trasa czerwona, która bardzo mi pasuje.
Pełen wypas. Wyciąg odpalony tylko dla mnie, dwa krzesełka przede mną zabrał się człowiek, który mnie odbierze na górze, cena posezonowa 6 zł...
Nie wiem dlaczego, ale zamiast trzymać się wersji czerwonej trasy rowerowej, skręciłem na szlak zielony, którego nie miałem ani na GPS, ani na starej mapie papierowej. Początek całkiem, całkiem...
...ale potem zaczęło się konkretne pchanie.
A jeszcze dalej dotarłem do dobrze mi znanego wbijania się na Czupel.
Nie ma tego złego - przejazd Czupel - Smerekowiec jest całkiem zacny. No i przebłyski słońca jakoś tak bliżej.
Zestaw pierwszej pomocy w Telesforówce. Przez chwilę, nieśmiało, łyżeczka zaczyna rzucać cień.
Na Trzech Kopcach wbijam się w zielony. Całkiem niezły, szybki zjazd. Minusem jest to, że będę się musiał wbić na pasmo na wprost.
Wciąż ostatnie 500 m podejścia pod Stary Groń to niezła masakra. Ale zjazdu z Horzelicy sobie nie odpuszczę.
Ten czarny szlak to, moim zdaniem, jeden z ładniejszych widokowo szlaków w Śląskim. Endorfinuję się na zielonym z Horzelicy, olewam Błatną, bo późno i żółtym wracam do Szczyrku...
...gdzie przez chwilę podziwiam nowy wąsik Huberta, a potem idę na piwo z nowo poznanymi prawie łodziakami.
W niedzielę od rana na wszystkich okolicznych parkingach spory ruch rowerowy.
Bo pogoda o wiele lepsza. A ma być jeszcze lepiej.
Dziś w zestawie z Michałem mamy zamiar zaliczyć czerwony do Węgierskiej Górki. Drugi prawie łodziak, Daniel, odpadł, bo wykończył klocki i nie dopilnował zapasu...
Dziś widać wszystko - i Magurkę, i Baranią.
Ale dziś Baranią olewamy i skręcamy na wschód.
W porównaniu z dniem wczorajszym, wszystko nabrało kolorów.
Niestety, przykra niespodzianka - czerwony poniżej Świniarki kompletnie zawalony drzewami. Nawet pieszy miałby problem z przejściem. To po prostu skurwysyństwo roboli z LP. Jeśli jeszcze ściągną drzewa po tym szlaku, to będzie po kolejnym dobrym zjeździe...
Jestem dość mocno niepocieszony - clue dnia nie wyszło. A na dodatek trzeba teraz wrócić na Magurkę. Na szczęście po szutrach, z krótkimi przerwami w cienu, idzie w miarę sprawnie.
Kilkaset metrów technicznego podjazdu czerwonym i lądujemy znów na Magurce Radziechowskiej.
Zdecydowanie trzeba się szykować na jesień.
Na Gawlasi żegnam się z Michałem, bo czas go goni...
...a sam ruszam na Górę Malinów i zjazd do Salmopola. Na polepszenie humoru. Zadziałało.
Mam nadzieję, że nie mam nikogo na sumieniu - jadąc na indiańską ścieżkę, spotkałem przed Kotarzem 2 pary na sztywniakach. Dziewczyny poległy w walce z kamieniami i wszyscy stwierdzili, że zabiorą się ze mną do Szczyrku zamiast ciągnąć na Karkoszczonkę. Ostrzegłem, pokazałem ścieżkę i pojechałem. Chyba dobrze mnie nie wspominają...