Złe dobrego początki...
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2
O godzinie 8.00 było 8C, teraz, o 10.00, jest już 12C. Rezygnujemy więc z ciepłych kapci, wbijamy na się cienkie warstewki i na wyciąg.
Miało być bezchmurzaście, na razie jednak niskie chmury rozbijają się widowiskowo o Skrzyczne.
Niby wolne, ale niektórzy nadal częściowo w pracy.
Na pierwszym zjeździe mijamy wielką wycieczkę, rozpędzamy się i...
...podwójny snejk na dzień dobry. Pod kierownictwem Grześka sprawnie łatamy...
...rozpędzamy się, uciekając przed wielką wycieczką, która wyłoniła się już z lasu...
...i tuż przed Malinowską Skałą znowu flak. Odkleiła się łatka... Zakładam nową dętkę...
...i, @&%#$@, kolejna guma! Chłopaki doszli do wniosku, że mój rower nie ma chyba w kontrakcie łikendowych jazd w piątek - zawsze była tylko sobota i niedziela.
Lekko zniechęcony wybrykami roweru, zamykam się na zjazdach i zjeżdżam jak 80-letnia babcia.
Trzeba jednak się sprężać, bo przez 1,5 godziny dojechaliśmy dopiero do Magurki.
Jazda w terenie wymaga dużej koordynacji i gibkości.
Wreszcie, prawie całkiem już łysa, Barania Góra.
Zaczynamy trawersowanie. Poprzednia wycieczka pokazała, że szlak ładnie się wygładził i prawie cały jest przejezdny nawet w górę.
Ostatnie stadium pozbywania się ciuchów - jesteśmy przecież o wiele bliżej Słońca.
Rzeż drzew postępuje. Ale mimo to jest pięknie. Powoli w góry wkracza jesień.
Wyekwipowani przez Grześka w nowe bajery - kamerki, atakujemy zjazd do Przysłopu. Zapominam o snejkach, dając się porwać walce z korzeniami...
Testujemy opcję niebieski-czarny, zamiast czerwonego z Przysłopu. W tą stronę też chyba jest lepsza.
Potem wskakujemy na czerwony i klasycznie ruszamy do Stecówki.
Rower nie zapomniał jednak o kontrakcie. Brzdąkanie w przednim kole nie pochodziło od patyczka, ale od niedomagającej szprychy.
Potem klasycznie czerwonym na Szarculę...
...a potem żółtym, zielonym i czarnym spadamy do Wisły.
Olewamy miastowe przyjemności i wbijamy się na zielony na Czupel.
A właściwie na dość dowolną interpretację zielonego, bo stare znaki są częściowo zamalowane, nowych nie ma, a za to jest sporo nowych dróg zwózkowych. Łukasz ma to jednak wszystko gdzieś i ostro napiera.
Na Smerekowcu siodełka w dół i śmigamy na Salmopol.
Sielankową jazdę psuje jedynie świadomość nieuniknionej wpychanej końcówki żółtego...
Z Salmopola skręcamy w czerwony na Kotarz i co? I kicha! Przez chwilę miałem zamiar walnąć rower w krzaki i wracać na piechotę...
Jednak zjazd naszą tajemną ścieżką spod Kotarza polepszył mi humor. I mimo większych kamorów kolejnej gumy nie było.
Na mecie okazało się, że Grzesiek jest medialnie w pełni przygotowany...
...i wieczór spędziliśmy na oglądaniu filmów z Rychlebskich Ścieżek i co lepszych powtórek dzisiejszego dnia. Przy okazji, za pomocą 7 łatek, doprowadziłem zapasowe dętki do stanu używalności.
Sobotni poranek zajęła nam wyprawa do Bielska, bo Grzesiek projektor w góry przytargał, ale zapasowych klocków już nie. A dzień miał być taki zjazdowy bardziej...
Jest cieplej, słoneczniej, po prostu idealny dzień na rower.
...
Na szlakach multum ludzi. Jeszcze tylu nie widziałem w Beskidzie Śląskim. Omijanie i hamowanie zabierają jakieś 10% zabawy. Choć z wyjątkiem jednej Matki Polki, wszyscy odnoszą się przyjaźnie do naszego wariactwa.
Ponieważ mają być zjazdy, Góry Malinów nie omijamy.
Chłopaki odpalają kamerki i lecimy w dół na Salmopol.