Łikend klątwy
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

Dzień 1     54,5 km - AVS 10,4 km/h - Vmax 57,9 km/h - 1523 m przewyższeń GPS
Dzień 2     5 obrotów

Klątwa odpaliła się już w drodze, gdy dotarło do mnie, że 5.10 zostały w domu. Szybki skok w bok do Deca i sytuacja wydawała się uratowana tanimi i nieźle rokującymi skatebutami.
Mocno lobbowałem za tripami, zatem w drodze kompromisu na sobotę wypada trip. Klasyczny. Malinowska Skała.
Zielony Kopiec. Jedzie mi się słabo, oczywiście wszystko zrzucam na tanie buty, które w dół dają radę, ale na podjazdach trochę spadywują, nie wiążąc tego z klątwą łikendu.
Magurka Wiślańska.
Świetny widokowy przelot w kierunku Magurki Radziechowskiej.
Taka tam spontaniczna fota.
I tu, na zjeździe do Węgierskiej górki klątwa odpala ponownie...
Wózek w szprychy, przerzutka 180 stopni dookoła i miażdży końcówkę o ramę. Na szczęście szprychy pancerne, wózek też, haki stosunkowo proste, pozostaje jedynie pozbyć się końcówki, co nie okazuje się proste mimo kombinereczek z aliexpressu.
Kręcimy dalej. Widoki powoli zacierają wspomnienie klątwy.
W Węgierskiej Górce parkujemy pojazdy wśród innych sprzętów...
...i w sąsiedztwie plaży oddajemy się chwili sjesty przed zdobywaniem Baraniej Góry.
Kiedy już dłużej odwlekać jazdy się nie da, zaczynamy wspinaczkę.
Zielony z Węgierskiej przeplatany rowerowym jest lajtowym i widokowym podjazdem. Wchodzi dobrze.
Wciąż delikatnie w górę trawersujemy całe pasmo. Jedyny minus to strata ok. 50 m wysokości przy przecinaniu drogi w okolicach Złotnicy, co wyzwala oczywiście 10 minutowe narzekanie Pingwina na tak oczywisty bezsens.
Wreszcie docieramy do czarnego, ale olewamy wypych i kręcimy dookoła.
Potem krótki odcinek przejezdnym czarnym...
...a gdy znów robi się stromo, odbijamy na kolejne obejście.
I jeszcze jedno dookoła Skałki.