Po prostu klasyki
Home

48,4 km - AVS 11,2 km/h - Vmax 48,7 km/h - 1381 m przewyższeń (196 m wyciąg)

GPS posiał ślad

39,9 km - AVS 10,4 km/h - Vmax 55,9 km/h - 1208 m przewyższeń GPS

Jak klasycznie, to klasycznie. Poza tym, o 10.30 jest już 27C, więc nie ma się co wygłupiać z pedałowaniem.
Wszystko szybko oddaje poranną wilgoć, więc widoki są dość ograniczone. Babia ledwo co widoczna.
Z Malinowskiej już nawet Skrzyczne pokrywa się niebieską przesłoną.
Klasycznie, czyli na Zielony Kopiec.
Sam bym lepiej przejechanej trasy nie wymalował.
Sucho. Tak sucho, że nawet everlasting kałuża przed Baranią nie istnieje i objazd stał się zbędny.
Na trawersie Baraniej słońce trochę odpuszcza i robi się całkiem przyjemnie.
Uwalam się widokowo na szczycie i próbuję nie upieprzyć się całkiem roztopionym Snikersem.
Dziś w planie czerwony. Sam początek trzeba lecieć szlakiem...
...ale dalej nadal fun na korzeniach. Choć są 2-3 miejsca z nowymi drzewami, gdzie trzeba przeprowadzić lub zjechać na chwilę do żlebu.
Potem klasycznie na Stecówkę...
...i klasycznie czerwonym.
Tu z kolei bardzo pozytywny aspekt suszy - praktycznie cały czerwony jest przejezdny. Jak nie po suchych belkach, to obok. Tylko na samiutkim końcu przytopiłem tylną przerzutkę.
W takich warunkach czerwonego jest po prostu super.
Nie kręcę na Szarculę szutrem, ale trzymam się czerwonego. Trochę pchania, ale za to krótki, acz sensowny zjazd na przełęcz.
Lanszaft przez zjazdem czarno-zielonym do Wisły, gdzie uzupełniam płyny i wbijam się wyciągiem w kierunku Czupla.
Za wyciągiem włącza mi się eksplorowanie i próbuję znaleźć sugerowaną na mapce trasę rowerową. Na początku trafiam na sympatyczną ścieżkę spacerową, potem dróżkę, która wygląda, jakby kończyła się na jakimś podwórku. Zawracam.
Ciągnę klasycznie zielonym z upierdliwą sekcją do pchania w połowie.
A potem próbuję od góry znaleźć zagubioną od dołu trasę. I znajduję. Okazuje się, że 'podwórkowa' droga nie była tylko 'podwórkową' i docieram do niej od tyłu, czy też z góry. Cała do wyjechania, więc poszukiwania zakończone sukcesem. Choć nadal nie wiem, czy to dokładnie ta czerwona trasa z mapki.
Jak już eksploruję, to ekspoloruję dalej i wbijami się w alternatywny podjazd na Czupel. Na razie prawie się nie różni od zielonego szlaku, no może tym, że jest więcej, ale za to drobniutkich kamyczków i trochę się grzęźnie. Ale się jedzie.
Widoki takie same.
Na górze różnica jest - tam końcówka mocno podjazdowa, tu poziomo.
Przed zrywką to musiał być fajny singiel, zachowała się sama końcówka przed połączeniem z zielonym. Wbijam się nim dokładnie w objazd szczytu Czupla. Kolejna udana eksploracja.
Na trawersie Czupla zauważam dołączający singiel. Duch odkrywcy wyjątkowo dziś pobudzony, więc wbijam się z rowerem. Niestety, po 100 m singiel jest mocno zawalony drzewami, ale ciągnął się dalej w kierunku szczytu Czupla. Zawracam i mam 100 m niezłego singla w dół.
Potem żółty, kolejny singiel w górę, tym razem przejezdny, wbijam się do czerwonego szlaku Salmpol-Karkoszczonka.
Kawałek czerwonym na Kotarz i klasycznie indiańską ścieżką do asfaltu i do Szczyrku.
Nagroda po udanym dniu klasyków i eksplorowania.
W niedzielę widoczność lepsza. Dziś jeszcze cieplej, więc nadal nie wygłupiam się nie korzystaniem z wyciągu.
Podeschnięte Żywieckie.
Babia odhaczona.
Widoczek 1. I klasyczny snejk z tyłu podczas pierwszego zjazdu, bo zapomniałem dopompować po wczorajszym upuszczaniu.
Widoczek 2.
Wczoraj przez chwilę zastanawiałem się nad przeskoczeniem do Czech, ale klasyki wzywają.
Węc klasycznie na Baranią, a potem drugi z niej klasyk - niebieski.
Tym razem niebieski pobrał haracz. Nie wiem, co było przyczyną, a skutkiem są: zniknięta klatka dolnego kółeczka, skrzywiony fest łącznik przerzutki, zadziory na szprychach i obręcz bijąca na 1 cm. To już drugi łącznik i dochodzę do wniosku, że hak w Ibisie jest specjalnie hartowany, żeby byle przerzutka nie dała mu rady. Brutalną siłą prostuję łącznik w haku (hak nadal prosty) i odkrywam, że korpus przerzutki też oberwał, bo sprężyna nie składa przerzutki do końca (ale nie mam dziś w planach używania 11T).
Zjeżdżam do końca niebieskiego i okazuje się, że wszystko ładnie działa na 2x9. Łańcuch nie spada z kółeczka bez klatki, więc jest nawet zysk w postaci 5 g. Ruszam odzyskiwać wysokość.
Dobijam do żółtego i nadal w górę, do czerwonego.
Na Gawlasi kółeczko się zamknęło. Kontynuuję opcję klasyków - teraz czas na czerwony klasyk ze Skrzycznego.
Tylko najpierw trzeba tam dojechać. W tą stronę czerwony jest trochę gorszy do jazdy. Za to teraz, w niedzielę późnym popołudniem, spotykam na tym odcinku więcej allmountainowców/endurowców, niż przez ostatnie dwa łilkendy w Szczyrku.
Jednak czerwony w tą stronę ma dwa jasne punkty - wcześniej zjazd z zielonego Kopca i teraz zjazd z Malinowskiej Skały. Oczywiście nie żlebem, ale korzennym singlem z boku. Nie za długo, ale satysfakcjonująco.
Potem jeszcze ze trzy żmudne podjazdy, które kręcę ze spotkanym fanem moich galerii...
...i czerwony do Buczkowic, gdzie pod sam koniec, doganiając już jakichś kolejnych MTBowców, łapię snejka z przodu. Łatanko, asfalt, kąpiel i do domu z Duńczykiem z blablacar...