Wstyd, hańba i poruta
Home

40,8 km - AVS 12,1 km/h - Vmax 56,0 km/h - 1120 m przewyższeń GPS
48,5 km - AVS 11,4 km/h - Vmax 58,0 km/h - 1200 m przewyższeń GPS

Miejsce stare, ale ekipa po części nowa, po części dawno nie widziana.
Grzesiek wyrwał się z organizowania jazdy na rzecz samej jazdy, a Krzysiek w górach na rowerze całkiem po raz pierwszy. Wyciąg poszedł bezproblemowo...
Lecimy klasykiem.
Jak widać, trasa jest dobrze zabezpieczona, więc czujemy się pewnie.
Mistrzowskie kadrowanie pozwoliło pozbyć się tłumu ze Skały bez Photoshopa.
Kręcimy dalej klasykiem. Jak na pierwszy raz, Krzysiek daje radę i nie musimy długo na niego czekać. Choć prawdziwy chrzest przed nim.
Trochę lansu.
I jeszcze trochę.
Instruktor jazdy MTB tłumaczy technikę podjazdu na Baranią Górę.
Wytłumaczył i pojechaliśmy.
No i główny cel dzisiejszego dnia. Niebieski.
Krzysiek jeszcze przed wyjazdem został ostrzeżony, że lajtowo nie będzie. I nie było. Ale wciaż dawał radę.
Na samym początku instruktor zademonstrował OTB i sposób na zdobycie szlifów, potem Krzysiek przetrenował manewr, tak więc zjazd należy zaliczyć do dużo wnoszących.
Jak ostatnio, spadamy tylko do nielegalnego szutru i kręcimy na Salmopol.
Dobra mina do złej gry. Po oscypku okazuje się, że mam flaka. Zakładam zapas i okazuje się, że pompka nie działa. Potem, że zapas jest dzurawy. Pierwsza dętka okazuje się niełatalna. Łatam zapas, zakładam i nadal wiatr ucieka... Kończy się na dętce od nowego, na jego pompce i godzinie walki... Hańba i poruta.
A potem jeszcze większa hańba i wstyd. Na zjeździe do Brennej łapiemy z Grześkiem snejki prawie jednocześnie. O ile mi idzie sprawnie (z pomocą pompki Krzyśka), to Grzesiek trochę wyżej ma zapas 29'' zamiast 26'', oczywiście dziurawy i jego pompka też nie działa. Więc sprowadza do nas. Łatamy, ruszamy i... 100 m od miasta Grzesiek znów pada ofiarą. Sprowadza.
Tymczasem w Brennej koncert. I to nie byle jaki, jak widać po pani w białym - metalowy. A gwiazdą wieczoru ma być Stachursky. Może by poczekać?
Na razie zalegamy przed sklepem i przy metalowych dźwiękach Elipsy łatamy dętkę Grześka. Olewamy Stachursky'ego, dajemy żółtym na Karkoszczonkę i do domu. 3,5 h jazdy, 2,5 h łatania...
Niestety, Grzesiek w sobotę się zmywa (nie z powodu dętek) i w niedzielę jedziemy we dwójkę.
Dziś klasyk nr 2 czyli 2 pchania - Malinowska Skała, a potem Góra Malinów.
Przelatujemy przez Salmopol tym razem bez niespodzianek i wbijamy się w singiel ET, ale tylko do żółtego, żeby nie wylądować w czarnej d...
Żółtym na Trzy Kopce, a potem zielonym spadamy na asfalt do Brennej, który asfaltujemy.
Wciąż żadnych przygód snejkowych, więc sprawnie wbijamy się na Błatną, a potem narciarskim na Karkoszczonkę.
Okazuje się, że bez łatania trip poszedł bardzo sprawnie, więc kombinujemy i mam olśnienie. Wbijamy się szutrem na Beskidek, zjeżdżamy z Beskidka...
I wpasowujemy się w czerwony trawers Beskidka, zamykając kółeczko znów na Karkoszczonce. Dobry singiel na koniec dobrego dnia.
Pozostaje tylko zarośnięty tor saneczkowy i zjeżdżamy do Szczyrku.
Okazuje się, że nadal nie jest bardzo późno, postanawiam więc zakończyć dzień jeszcze lepiej. Krzyśka nie namawiam...
...bo w planie niebieski, na którym wreszcie udaje mi się zrobić agrafkę. Ludzi już mało, więc spadam na dół z bananem na twarzy, ablucje, obiad i do następnego.