Pożegnania
Home

Dzień 1     47,3 km - AVS 11,3 km/h - Vmax 57,0 km/h - 1647 m przewyższeń GPS
Dzień 2     34,7 km - AVS 11,4 km/h - Vmax 58,0 km/h - 991 m przewyższeń GPS

Początek soboty niezbyt obiecujący. Ale, wedle wszystkich znaków nie ziemi i niebie, ma być coraz lepiej.
I jest coraz lepiej. Można wręcz powiedzieć, że chmury rozstępują się przed nami.
Już nawet Skrzyczne wystawiło łeb z chmur.
Napieramy klasykiem w stronę Baraniej Góry.
Pojawiają się już całkiem spore przebłyski słońca.
Paweł i Ola mają w planie czerwony do Węgierskiej Górki, a ja Baranią, więc ciągniemy razem tylko do Magurki.
Temperatura akuratna na rower, więc zdobycie Baraniej zajmuje mi niewiele czasu. Na szczycie więcej turystów niż drzew, ale znajduję zaciszny kącik na batonika.
Świetny, suchy zjazd po korzeniach na Przysłop. Schronisko olewam, za to zatrzymuję się popodziwiać górskie prawdziwki (Boletus luridiformis).
Boczniak na zjeździe do Stecówki całkiem zarośnięty - jedzie się właściwie na czuja.
Czerwony na Szarculę świetny jak zwykle. I nawet nie bardzo mokry.
Jedzie mi się bardzo dobrze, więc spadam starym zielonym do Wisły, a potem od razu, znów starym, choć lekko zmodyfikowanym, zielonym wbijam się, na Czupel.
Inżynierowie i projektanci głowią się nad nowymi modelami okularów przeciwsłonecznych, a tu proszę - deseczka, sznureczek i już.
Na starym zielonym najpierw uciekam w krzaczory przed ciężkim sprzętem, a potem muszę poczekać, aż drwale obalą mi przed nosem drzewo.
Wreszcie proste jak strzelił pchanie na Czupel.
Zawsze ciekawił mnie singielek z Czupla w kierunku Smerekowca, ale zawsze szedłem na łatwiznę i omijałem szczyt trawersem. Tym razem ciekawość zwycięża. Ścieżki prawie nie widać.
Po 15 minutach pchania i przedzierania się przez chaszcze i choinki docieram na szczyt. Po lewej zaczyna się singielek. Okazał się nie za długi, ale całkiem treściwy. Gdyby nie te 15 minut przepychanek...
Skręcam na żółty w stronę Salmopola, ale zamiast, jak zawsze, męczyć się z pchaniem do asfaltu, wybieram opcję podjazdową singla na Grabową. I to jest to, czego mi tu brakowało - całość jedzie się bardzo przyjemnie.
Potem indiańska ścieżka, asfalt do Szczyrku i całkiem zasłużona biesiada.
Niedziela to dzień pożegnań. Po pierwsze, okazło się, że ostatni raz jadę obecnym wyciągiem. W sierpniu zamykają górny odcinek, a od grudnia ma być 4-osobowa kanapa z wysprzęgleniem. Czas przejazdu - 4 min. Miło.
Dziś pogoda od początku wakacyjna. Dobry dzień na pożegnania.
Pożegnanie nr 2. Rama służyła mi dzielnie przez 6 lat. Mam nadzieję, że posłuży komuś drugie tyle. Chyba, że nowy nabytek nie spełni na wstępie moich oczekiwań...
Plan na dziś prosty - pojeździć po górach fajnymi szlakami. Najpierw zjazd do Salmopola.
Potem szybko przebijam się na Grabową, żeby zaliczyć singla OS2 w tym lepszym kierunku.
Jedyny minus singla, to to, że ląduje się czarnej dziurze. Trochę błądząc, asfaltowo-płytowymi drogami, które nie słyszały o zakrętach czy trawersowaniu, wbijam się z powrotem do czarnego szlaku.
Potem świetny, jak zwykle, przelot czarnym na Horzelicę, gdzie mam w planie zalczyć kolejny miły zjazd.
Jednak tu rower postanawia pożegnać się ze mną. Lecąc sobie wesoło środkiem drogi, usłyszałem trzask, przednie koło się zatrzymało, a ja nie...
Kompletnie nie wiem, co się stało. Rower cały, bo wylądował na mnie i nawet GPS się nie wypiął. Kask spełnił swoje zadanie, więc głowa też cała. Gorzej z żebrami...
Poza tym, oberwało się ulubionej koszulce, a zbity mięsień uda nie pozwalał stanąć na pedałach. Pozostał więc delikatny zjazd do Brennej i asfalt przez Karkoszczonkę do Szczyrku. Wyglada na to, że to była ostatnia-ostatnia jazda na Hecklerze, bo na razie żebra nap....