Stare nowości
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

Dzień 1     52,5 km - AVS 12,5 km/h - Vmax 52,7 km/h - 1623 m przewyższeń GPS
Dzień 2     50,5 km - AVS 13,2 km/h - Vmax 50,2 km/h - 1410 m przewyższeń GPS

Sobotni poranek jest trudny. Co chwilę mży, a Łukasz zastanawia się, w ile zwykłych i przeciwdeszczowych warstw się wbić.
Wreszcie udaje się pokonać trudności odzieżowe i po pół godzince na wyciągu ruszamy w drogę. Plan jest dość płynny - zaliczyć 3 zjazdy, których Łukasz nie jechał w ogóle, a ja raz daaawno temu, ale kolejność i dzień pozostają nieustalone.
Temperatura mało lipcowa, mżawka zakleja okulary, jednak nawet Łukasz powoli przestaje narzekać.
Jak to było do przewidzenia, dość szybko zaczynamy pozbywać się ciuchów.
Mimo całonocnej mżawki błota praktycznie nie ma, a wilgotne ścieżki nie tracą na przyczepności, więc większość daje się pokonać w siodle.
Widoki włączają się i wyłączają w błyskawicznym tempie.
Jak na razie droga jest tylko jedna - wykorzystując przerwy w chmurach twardo przemy w kierunku Magurki Wiślańskiej.
Rozpoczyna się wspinaczka pod samą Magurkę. Łukasz targa już więcej ciuchów w plecaku niż na sobie...
Musimy podjąć pierwszą męską decyzję. Skręcamy w lewo na Magurkę Radziechowską, której nie widać...
...czy w prawo na Baranią, na której jakby się przejaśnia...
Wybieramy lewo. Ale to nie koniec decyzji...
Na Magurce Radziechowickiej znów musimy wbierać: czerwony do Węgierskiej czy zielony do Twardorzeczki. Plan zakłada zaliczenie obydwu. Czerwony trochę znam, zielonego w ogóle.
Wybór pada na czerwony. Jak tylko zaczyna się zjazd, oczywiście wybieram niewłaściwą drogę... Na szczęście elektronika spełnia swoje zadanie i powrót na właściwą ścieżkę nie jest bolesny.
Raz tędy podjeżdżałem. Tyle, że wtedy tymi singlami płynęły strumyczki.
Podczas wspinaczki na Glinne niebo od nawietrznej zaczyna wyglądać mocno nieciekawie. Przyspieszamy, starając się dotrzeć chociażby do lasu.
Na szczęście zaczyna się to, po co tu się w ogóle pchaliśmy - singlowy superzjazd. Który ciągnie się i ciągnie... Zdecydowanie do powtórzenia.
Usatysfakcjonowani docieramy do cywilizacji, gdzie zalegamy pod drzewem na przekąskę i przeczekanie ni to deszczu, ni mżawki.
Ponieważ dalej czerwonym szlakiem w dół pojechał samochód, olewamy zjazd do samej Węgierskiej Górki i rowerowymi szutrami przebijamy się do rowerowego żółtego...
...bo, niestety, to, co się zjechało, teraz trzeba podjechać.
Pogoda tak jakby zaczęła nam odpuszczać.
Jeszcze tylko pozaszlakowy kawałek...
...i po około 90 minutach kręcenia wracamy na czerwony i Magurkę Radziechowską.
Tak w ogóle, odcinek między Magurkami jest całkiem zacny w obie strony.
Ponieważ pętla do Węgierskiej zabrała nam więcej czasu i energii, niż myśleliśmy, rezygnujemy z planów od A do E i przechodzimy od razy do planu F jak Gawlast, Zielony Kopiec i Góra Malinów.
Po drodze znajdujemy kask w wyścigowym odcieniu, ale żadnemu z nas nie pasuje kolorystycznie do roweru.
Mi dość mocno odcięło power, ale Łukasz napiera.
Aż trudno uwierzyć - pojawił się paseczek niebieskiego nieba...
A w bazie obiad prawdziwego endurowca...
...oraz niezbędne i zbędne zabiegi przy sprzęcie. Potem jeszcze Conan Barbarzyńca i lulu.
Niedzielne śniadanie jedliśmy jeszcze w pełnym słońcu, ale chwilę po zapakowaniu się na wyciąg nadciągnęło czarne chmursko, a temperatura spadła do 10-11C.