Czerwcowa mieszanka
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 2 z 3
Na szczęście druga część już ciekawsza, zatem i hejt wygasa.
Tak to jest, jak się przyjeżdża samochodami na rower. Obowiązuje stawka 0%, na dodatek w jakichś hipsterskich mieszankach.
Bałabuchy zrezygnowały z kolejnego kółka i zestaw Dziabar+Cyberniok robimy sami w takim tempie, że nie udaje się zrobić ani jednego zdjęcia.
Wracamy do punktu zbiorczego z resztą ekipy i po rozpatrzeniu wersji od mini Dziabar+Dębowiec do maksi Klimczok+Bebok wychodzi kompromis - Borsuk, który rano wszystkim podszedł.
A więc Borskuk trochę bardziej suchy.
Część asfaltu powrotnego boczniakiem, do fur i do bazy.
Dzień 3. Pozostała część ekipy znów popłynęła i nikt nie wyrażał chęci na tripa. My wybieramy wersję trochę łatwiejszą, pozostawiając Pilsko na kolejny raz.
Początek wspinaczki ze Złatnej i w powietrzu zaczynają latać pierwsze brzydkie słowa. Na muchy, na słońce, na podgórę.
Ale walczymy. Redykalny Wierch sam się nie zdobędzie.
Jest dużo czasu na zdjęcia...
...w różnych konfiguracjach.
Niestety, późny start sezonu odbija się na możliwościach podjazdowych i tym razem tylko prawie do końca...
Chmurki, słonko...
...a 20 minut potem po prawej zaczyna grzmieć i padać.
Pingwin uwierzył pogodynce i wykazał się sprytem, nie biorąc pdeszczówki. Wcinamy więc bułeczki na Lipowskiej i czekamy chwilę na rozwój sytuacji.
Wreszcie męska decyzja i jedziemy ku słońcu.
Czyli niebieski do Sopotni.
To chyba jedyny pień na tym niebieskim. Akurat za wrednym potoczkiem.
Straszna ścianeczka, która 3 lata temu mnie przeraziła.
Środkowa część drugiej cześci niebieskiego okazuje się lekkim fuckupem. Pokryta jest warstwą śliskiego błota i nawet iść po tym trudno. Znów w powietrzu zaczyna być gęsto od brzydkich słów.
Wreszcie koniec. Pingwin w wiatce wyrzuca z siebie frustrację sprowadzania. Dużo frustracji.
Po pozbyciu się frustracji to, co się zjechało (czy też sprowadziło), trzeba podjechać.
Po raz trzeci próbuję trafić na mityczny szlak na Halę Łyśniowską. Poprzednie dwa razy przysporzyły mi trochę minusów na karcie przewodnika górskiego.
Pingwiny jednak twierdzą, że już tu były. I że wypychamy dobrze.
Więc wypychamy. Po burzach już nie ma śladu i okazuje się, że Pingwin wykazał się sprytem, nie zabierając obciążenia w postaci pdeszczówki.
Wreszcie jest! Hala Łyśniowska...
...i pole kapusty.
Na jadących za wolno czekają psy poganiacze
Jeszcze krótkie wbijanie się żółtym...
...i Rysianka. Uzupełniamy cukry, chwilę zastanawiamy się, czy chce nam się jeszcze zielony na Boraczą, ale się nie chce...
...pozostaje więc jedno - niebieski do Złatnej.