Jarosław Kret to je bałamut...
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 2 z 2
...jak ostatnie leszcze szutrujemy do samego Salmpola.
Resztkę honoru zachowujemy na żółty, który też jednak został już mocno ucywilizowany i spadamy do Szczyrku.
Pierwsze wyzwanie niedzielnego poranka - wyciągnąć zwłoki z łóżek.
Kolejne wyzwanie - zminimalizować czas szykowania kanapeczek, jajeczniczki i innych.
Udało się. Fotka na wyciągu kosztuje 10 złociszy, więc w ramach rekompensaty za poranną musztrę oferuję swoje fotki po 4 zł, ale chętnych brak.
ICM zapowiadał 1 mm opadów koło 14. Jak na razie chmury są jedynie widokowe.
A więc Malinowska Skała...
...miodny zjazd...
...olewamy Górę Mailnów...
...i prujemy czerwonym na Karkoszczonkę...
...do Chaty Wuja Toma, gdzie uzupełniamy płyny, przeczekujemy lekki deszczyk, a Jacek zjada banana.
W głosowaniu wygrywa wariant czerwonego narciarskiego na Błatną, więc znów nie uda się mi zaliczyć pełnego przelotu Klimczok-Błatna. A to odcinek, którego chyba jeszcze nie jechałem w tą stronę.
Mimo kilku odcinków pieszych...
...dość sprawnie docieramy do żółtego
2 szybkie zjazdy urozmaicone grzmotami z północy...
...i lądujemy na Błatnej, gdzie widać źródło grzmotów.
Wydaje się jednak, że tym razem wybraliśmy dobry kierunek, bo w kierunku Brennej niebo jest o wiele przyjaźniejsze.
Skręcamy na zielony. Jednak w wyniku gumy Jacka, stadka koniarzy, którzy zawczasu czują respekt przed naszym śmiganiem w dół i mojego drobnego pomerdania ścieżek, w połowie gubimy szlak. Końcówka zjazdu to walka ze śliskimi kamorami, głębokimi rowami i śliską trawą. Fun był, ale na zielonym byłoby lepiej. W mieście napadamy na sklep i...
...znów czekamy na autobus.
W sumie jest 14, więc godzina z ICM się zgadza. Ale już ten 1 mm opadu to nie całkiem. Gdy wreszcie przyjechał autobus, ruszyliśmy dalej.
Jednak niezadaleko. W ostatnim momencie udało nam się wbić w obejście, gdzie zapoznaliśmy się z gospodynią, poddenerwowanym burzą, wielkim zfilcowanym wilczurem bez łańcucha, na którym wywarliśmy wystarczająco dobre wrażenie, wiaderkami do siedzenia...
...miejscowym przybytkiem rozkoszy wykorzystanym przez Jacka...
...a z nieba wciąż lało. Po pewnym czasie pojawił się nawet gospodarz, który zaproponował herbatę...
Ze 2-3 razy wydawało się, że już można, ale wciąż wracaliśmy pod daszek.
Wreszcie, po 50 minutach przymusowego nicnierobienia, atakujemy Kotarz niebieskim.
Po części szlakiem, po części poza pniemy się w górę. Wychodzi słońce i znów jest pięknie.
Nadciągają chmury i znów zaczyna padać.
Pod koniec ulegamy perswazji Łukasza, żeby trzymać się niebieskiego. Niestety perswazję ma lepszą niż pamięć i w lejącym deszczu, zamiast szeroką drogą, brniemy singielkiem przez łąkę. Aparat wylądował w plecaku, bo w kieszeni zaczynała mi chlupać woda.
Przecinamy czerwony i tajną indiańską ścieżką spadamy do Soliska. Jacek i Glider zachwyceni nim nie byli, ale my z Łukaszem otworzyliśmy się na zjeździe i humor nam sie zdecydowanie polepszył...
No i końcówka. Znów się potwierdziło, że asfalt to zło, bo dopiero po zjeździe asfaltem kompletnie przemoczyło nam dupska. W bazie DHowcy powiedzieli, że w Ustroniu jeździli cały dzień bez kropli deszczu...
Wedle prognoz miało być pięknie, a tu znów pogoda nie pozwoliła zrobić całych zaplanowanych tras...
Dzień 1. 54,5 km, AVS 13,6 km/h, Vmax 58,9 km/h, 1960 m przewyższeń z wyciągiem.
Dzień 2. 40 km, AVS 11,5 km/h, Vmax 55 km/h, 1840 m przewyższeń z wyciągiem.