Sobotnie pętelki
Home
Wbrew kiepskim prognozom ruszyliśmy dupy z domów, bo głód gór był duży. Siedzimy więc w sobotni poranek na krzesełku i cieszymy się z lekko przymglonego błękitu i widoków.
Wyciąg skutecznie opóźniały jakieś uprzywilejowane krasnoludy z oskardami. Nie dość, że siadały prawie co drugie krzesełko, to jeszcze najczęściej pojedynczo.
Na szczycie drobne poprawki przy rowerach odebranych dzień wcześniej od lekarza...
...i kręcimy, dalej ciesząc oczy widokami.
Plan na dziś: Salmopol, Błatnia i szlak harcerski z Wlk. Cisowej. A potem się zobaczy.
Podjazd pod Malinowską Skałę i co roku nowe powalone drzewa...
A za plecami... Pamiętam jeszcze gęsty las i dlatego obecne pustkowie wciąż robi na mnie wielkie wrażenie.
Zmasakrowany i wygładzony czerwony z Malinowskiej Skały powoli znów zaczyna się narowić.
Góra Malinów też z roku na rok bardziej łysa.
Ale podjazd na nią wciąż jest lepszy ode mnie.
Wreszcie siodełka w dół i ponad 1 km nie ruszonego przez drwali zjazdu na Salmopol.
Z Salmopola klasyk czerwony przez Kotarz i Hyrcę. Z niechęcią muszę przyznać, że tym razem drwale przyczynili się do poprawienia przejezdności szlaku aż do Hyrcy, wbijając większość kamorów w ziemię...
Choć znaczna część tych kamorów wylazła w górnym odcinku zjazdu z Hyrcy...
Pierwszych z wielu mtbowców tego dnia spotkaliśmy na trawersie Beskida. Nadal jest to chyba najfajniejszy singiel, jakie znam. Ciekawe, jak wypadnie przy nim harcerski.
Pierwsza pętelka właściwie domknięta. Decydujemy się ominąć Klimczok i Trzy Kopce czerwonym narciarskim. W dół leci się nim szybko i pięknie, ale okazało się, że w górę trzeba trochę popchać.
Dość mocno przetrzebioną końcówkę tuż przed żółtym da się już jechać.
Oblężone przez turystów schronisko mijamy bez zatrzymywania się...
...i docieramy do dzisiejszego celu - szlaku harcerskiego.
Widoczkowy początek...
...a potem już praktycznie nie było czasu na zdjęcia.
Na pewno jeszcze nim zjadę, choć wolałbym, aby było sucho. A jeszcze lepiej, gdyby harcerze ze szpadelkami (albo krasnoludy z oskardami z wyciągu) zmienili nachylenie ścieżki w stronę zbocza, a nie spadku...
Ponieważ godzina jest wczesna, postanawiamy wrócić czerwonym w kierunku Błatnej. I trafiamy na kolejną tajemniczą bandę. Tym razem Robin Hudów.
Na początku trochę pchania, na którym już całkowicie wyskoczyłem z resztek ciuchów wiosennych z porannego wyciągu, bo temperatura sięgnęła 24C.
Potem jedzie się już całkiem przyjemnie, choć nadal trafiają się odcinki do maszerowania.
Na Wlk. Cisowej zamykamy drugą pętelkę. Rozważamy warianty powrotu, opuszczamy siodełka i spadamy świetnym zielonym i czarnym do Brennej.
Zawsze na niego narzekaliśmy, mozolnie walcząc w górę przy 32C. A tu okazało się, że w dół to super zjazd...
W Brennej uwalamy się na murku, wcinając lody i dopalacze w płynie.
Żółtym, po upierdliwym asfalcie, zamykamy na Karkoszczonce pętelkę nr 3.
PS. Jest to pewnie 5438598465 zdjęcie tego widoczku w sieci...
Zjeżdżamy do Szczyrku i wyjeżdżamy ze Szczyrku na krzesełku. Pogoda przestaje nas rozpieszczać i nawet po dociepleniu jest gorzej niż rano.
To będzie czysto zjazdowa pętelka niebieskim i czerwonym do Buczkowic.
Początek trawersu Skalite dość mocno się zmienił. Jeszcze trochę i pewnie będzie asfalt.
Na szczęście większość singla została i z wyjątkiem tej jednej niedogodności, reszta jest płynna i szkoda czasu na zdjęcia.
Asfalltem zamykamy 4. małą i 5. dużą pętlę. A w niedzielę rano... wracamy do Łodzi, bo TV nie kłamała i przed 9 zaczęło lać.
Wyszło 62 km i 2980 m przewyższeń z podwójnym wyciągiem.