Szczyrk. Inwazja gadów.
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Klasyczna poranna rowerowa męska rozpierducha. :)
W oczekiwaniu na start wyciągu, chłopaki mierzą się na GPS, a u Łukasza, jak zwykle na początku wycieczki, coś nie teges z rowerem.
Dyskusje o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia...
No i jedziemy...
Pogoda niby niezła, o wiele lepsza niż rano, ale zimny wiatr daje popalić na wyciągu.
Widoczek obowiązkowy ze Skrzycznego.
Chłopaków tak przewiało, że dogrzewają się herbatką.
Rozpędzamy się. Wreszcie trochę adrenaliny, która niweluje temperaturę 11C.
Przed Malinowską Skałą niespodzianka. Nie dość, że piechotą, to jeszcze z przeszkodami.
Chwilowo słońca brak, więc zaczynam robić za cień Łukasza.
Cień, jak to cień, trzyma się blisko.
No pięknie jest.
Ponieważ słońce znów się pojawiło, przestaję konkurować z cieniem właściwym.
Pierwszy, pojedynczy kiełek - Łukasz, zrywa łańcuch na zapince. Właściwie nie zrywa, ale rozpina. Wspólnymi siłami odzyskujemy wszystkie elementy i przywracamy stan pierwotny.
Hala pod Baranią częsciowo oczyszczona, ale nadal wygląda kosmicznie.
Zaczyna się piesze dymanko.
Rozpędzamy się do zjazdu na Przysłop, ale nim osiągamy większe kamory i korzenie, gad dorywa Glajdera. To pierwsza oznaka wylęgu.
Klasyczne ścierwo z dwoma kłami.
Z Przysłopu zlatujemy czerwonym. Nasz maratończyk radzi sobie dzielnie na kamorach. W sumie fiknął przez kierę tylko raz.
Jacek przymierza znalezione świateko. Ma nawet migacz.
Światełko okazuje się niekompatybilne, zostawiamy je więc tam, gdzie leżało i maltretujemy kamyczki w kierunku Stecówki.
Grzbiet. Stąd już tylko krótki...
...choć dynamiczny zjazd do asfaltu pod Stecówką.
Z Szarculi żółtym, a potem zielonym do Wisły. Ostatni kawałek zielonego jest mocno hardcorowy - wąsko, stromo i kamory. Może na sucho do zjechania, ale teraz mokre kawałki sprowadzaliśmy.
Napadamy na sklep, ale z całego naszego zapotrzebowania uzyskujemy tylko trochę powietrza z pompki.
Walka ze Smerekowcem. Chłopaki coś tam sobie pokombinowali, zdecydowali się na skrót i wleką się po chaszczach.
A tu u mnie, 50 m obok, powierzchnia trochę powykrzywiana, ale poza tym przejezdna.
Wreszczcie poszli po rozum do głowy i powrócili na jedyną słuszną drogę.