Jajeczko na okrągło
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

36,6 km - AVS 9,7 km/h - Vmax 62,8 km/h - 1370 m przewyższeń GPS
48,5 km - AVS 9,1 km/h - Vmax 52,7 km/h - 2175 m przewyższeń GPS
44,6 km - AVS 10,6 km/h - Vmax 54,1 km/h - 2055 m przewyższeń (w tym 602 m wyciągi) GPS

Kobieta w kasie twierdzi, że wjedziemy na samą górę, więc jest dobrze. Kontempluję DH-owca, który, sądząc z ubłoconego roweru i ciuchów, daje radę. Tylko rower to jakiś marketowy full na vkach, z Zoomopodobną dwupółką i nawet światełkiem odblaskowym z przodu. Ja bym się bał.
A to Polska właśnie, czyli dupa. Nie wjedziemy. I to nawet nie ze złej woli obsługiwaczy, bo gość raczej w porządku, ale technicznie sie nie da. Bo zamówili z hakami, powiesili, odebrali i wtedy okazało się, że haków niet. A osłona zamyka się automatycznie.
Jak się nie ma, co się lubi, to się podjeżdża. Dh-owcy pewnie widzą to inaczej, bo ciągną dyskusję z obsługą dalej, gdy ja biorę zaczynam walkę z m n.p.m.
Jeszcze w czwartek w kamerkach krajobraz był całkiem zimowy. Dwa dni potem resztki śniegu i trochę błota. Lepiej niż się spodziewałem.
45 minut kręcenia i ląduję pod szczytem Skrzycznego. I właśnie dla takich widoków lubię tu jeździć.
Start był późny, bo śniadanie jadłem jeszcze w Łodzi, więc planowane kółko będzie mniejsze. Czyli zjazd czerwonym na Salmopol. Wbrew pozorom i moim obawom jest sucho. Znaczy są strumyczki, kałuże i błoto, ale obok jest sucho, kamienie są suche, tylko tyłek mokry po zjeździe.
A to Polska właśnie II. Bajker spotkany na Malinowie ostzegał i faktycznie. Stoją, zatrzymują i na dodatek (podobno z przykrością) spisują rowerzystów chętnych na wjazd na trawers do Przysłopu. Ma to związek z quadami i motorami, choć ja za cholerę nie widzę związku między rowerem a quadem, szczególnie na szerokiej płaskiej szutrówce.
Odwracam się plecami do policyjnej myśli promującej turystykę rowerową w Beskidzie Śląskim i ruszam dalej czerwonym. Idzie nieźle, tym bardziej, że kamory chyba jeszcze nie obudziły się z zimowego snu - oprócz północnego zbocza Hyrcy jest ich zadziwiająco mało. Ponieważ czas mam dobry, pojawia się pomysł 'Klimczok'. Tylko czy pogoda pozwoli...
Trawers Beskidka w lekko kapiącym deszczyku. Nie wróży to dobrze Klimczokowi.
Zapadam w Chacie WT i zastanawiam się, co dalej. Flaczki i grzaniec poprawiają pogodę wewnętrzną, więc zapada decyzja o narciarskim na Klimczok.
Nie byłem pewien, czy to zwidy spowodowane grzańcem, czy naprawdę słońce. Ale na zdjęciu wyszło, że słońce naprawdę.
Może nie wyszło na długo, ale przestało padać i są widoki, więc nie narzekam.
DO YOU SEE THE LIGHT?!
Już tu byłem kiedyś, więc wiem, że ten podjazd na Magurę tylko wygląda tak zniechęcająco. Tak naprawdę jest prawie płasko.
Do schroniska nie zaglądam, bo jeszcze flaczki kręcą mi się we flakach. Ciągnę dalej czerwonym, by wsadzić głowę w chmury.
Prawie się udało. Jak widać, jakoś wszędzie dookoła pogoda lepsza - i w stronę Bielska...
...i w stronę Żywca. U mnie znów zaczyna kropić, więc spadam żółtymi kamorami, a potem całkiem przyjemnym czarnym singletrackiem do Szczyrku.
Dzień drugi rozpoczynam od odzyskania 1 zł za bilet na górną część wyciągu, a potem powtórka z wczoraj - pół wyciągu, pół podjazdu.
Wizualnie pogoda zdecydowanie lepsza, ale temperaturowo... w cieniu zimny wiatr i 9C, w słońcu w lesie 23C.
Nie chcą mnie na szczycie od fontu, wbijam się od tyłu. Też 45 minut, w tym 2 krótkie pchania, i ląduję na samym Skrzycznym.
Okienko spod Malinowskiej Skały.
Dziś klasyczna pętelka większa - Barania Góra.
Korzenny boczniaczek z Magurki z roku na rok dłuższy i ciekawszy.
Przed podjazdem na Baranią znajduję sobie zaciszny zakątek i oddaję się chwilowemu wygrzewaniu na słońcu.
Babia Góra nadal pod śniegową czapką.
Podobnie jak pasmo Małej Fatry. Ponieważ przed niebieskim z Baraniej czuję respekt i samemu wolę nie ryzykować, ruszam na czerwony.
Bałem się, że będzie mokro, ale nie. Oprócz okazjonalnych strumyczków, korzenie są suche, poza tym, jakby wylazło ich więcej, więc jazda jest świetna.
Sekcje, na których kombinowałem, teraz lecę jak po sznurku. Normalnie korzenny flow.
Zjazd był na tyle świetny, że po batoniku w schronisku postanawiam go powtórzyć. Daję sobie 30 minut wspinaczki, a potem znów w dół.