Beskid Sądecki na zimno
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Sobotnie powitanie z nalewkami wykluczyło Łukasza z niedzielnej jazdy. Ja, z lekką obejmą na głowie, zamierzam walczyć.
Reszta ekipy zachowała wczoraj wstrzemięźliwość i napiera.
Lajtowy podjazd do Bacówki - ciepło, przebyłyski słońca... Sielanka.
Mimo, że spod Bacówki Tatr nie widać, i tak jest pięknie. Jednak tłum pieszych, rowerzystów, psów, który udało mi się wymanewrować aparatem, szybko nas wypłasza.
Rozpoczynamy wspinaczkę na Runek...
...a potem czerwonym kręcimy na Halę Łabowską.
66 z przodu, ponad 1 kg opony, 18,5 kg całości, a pod górę daje radę. :)
Nie dojechaliśmy nawet do schroniska, gdy od strony Krynicy wylazła chmura i lunęło. Temperatura z 18C na dole spadła do 8C. Zrobiło się hardcorowo.
Równo szaro jednak nie jest, więc o powrocie nie myślimy.
Gdy dojechaliśmy, schronisko zawalone było planktonem czekającym, aż przestanie padać. Na szczęście, po herbacie i naleśnikach, szkolne wycieczki wywiało.
Ruszamy w dół niebieskim do Łomnicy. Łąkowo-leśny początek był super.
A tu, panie, przeleciałem po żabie...
Na widok obiektywiku chłopaki dzielnie się wyprężyli...
...ale gdy niby skończyłem, zajęli się macaniem rowerów.
Dalej niebieski zrobił się masakryczny.
I tylko Józwa...
...po wcześniejszym obadaniu najtrudniejsztch kawałków...
...zapinał w dół.
Zdjęcia mocno wypłaszczają...
...ale my mieliśmy problemy nawet ze schodzeniem po coraz bardzej śliskich korzeniach i kamieniach...
...a Józwa uparcie...
...zapinał.
Gdy wreszcie się wypłaszczyło, dla odmiany niebieski przytulił się do strumienia.
Na tyle skutecznie, że przeprawialiśmy się kilka razy. Potem okazało się, że poszliśmy starym niebieskim, a nowy szedł górą z prawej...
Typowy rowerzysta górski w stroju Delmy.
W Łomnicy znaleźliśmy bar, ale nie podawali gorących napojów. Tamże pijany tubylec i trzeźwa właścicielka twierdzili, że czerwonym to w 2 dni nie dojdziemy do Wierchomli, bo są doły...
Jest pięknie, mimo niskiego nieba.
Dołów na razie nie stwierdzamy, za to szybko nabieramy wysokości.
Potem trochę jechaliśmy, a potem trafiliśmy na wspomniane doły. Zasypane obornikiem... Nie wyjmowałem aparatu, bo jakbym go upuścił, już bym go nie odzyskał.
Na szczęście dołów dużo nie było. Gorsze były ścieżki i łąki-pastwiska, stratowane setkami raciczek i pokryte warstewką śliskiego błota.