Ciężkie pożegnanie
Home

43,7 km - AVS 11,3 km/h - Vmax 63,0 km/h - 1040 m przewyższeń GPS

Busowóz umarł pod koniec zeszłego górskiego sezonu, trzeba więc radzić sobie we własnym zakresie. Tym razem to nie ja bawię się z oponami przed startem.
Zaczynamy dość 'wysoko', więc asfaltu na Święty Krzyż wiele nie ma.
A potem skręcamy w teren - szlak czerwony. Chyba jest całkiem OK... gdy jest bardziej sucho. Na stromych kawałkach po prostu nosiło, ale niżej... błotny armageddon. Na płaskich odcinkach błoto oblepiało koła tak, że przestawały się kręcić, to tego jeszcze przyklejały się liście...
Dojazd do Trzcianki jeszcze jakoś poszedł. Ale potem zaczęło się pod górę. Po drodze nie dało się nawet iść, po polu szło się z trudem. Tutaj złapaliśmy doła i zastanawialiśmy się już nad powrotem. Kierownik wycieczki zarządził jednak dopchnięcie się do linii lasu.
W lesie, nierozjeżdzonym przez sprzęt, jakoś zaczęło iść.
A już powyżej 500 m n.p.m. ziemia była na zmarznięta, że jechało się całkiem nieźle.
Pierwszy półtysięcznik zdobyty - Jeleniowska Góra.
Zjazd poszedł szybko, więc zaczynamy wspinaczkę na drugi półtysięcznik - Szczytniak. Najgorzej wyglądające kawałki jedzie się najlepiej - równe nie są, ale są całkiem zamarznięte.
Szczytniak mijamy bezprzystankowo i trafiamy na prawieżesuchy zjazd.
Przynajmniej w górnej części, bo niżej zaczyna się zwózka i szlak jest kompletnie rozpieprzony.
Spadamy na przełęcz Karczmarka i widząc dalej szlak całkowicie rozwalony przez sprzęt, zawracamy asfaltowo do bazy. I tak nazbierało się ponad 20 km asfaltowania.
I to by było na tyle. I wycieczki, i jazdy Ibisem. Służył bezproblemowo ponad 4 lata. Może po tym tripie nie wygląda, ale uczciwie go odpicuję i mam nadzieję, że jeszcze komuś posłuży. Następca już się składa u kierownika wycieczki.