Miniurlopowanie rowerowe
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

38,3 km - AVS 10,2 km/h - Vmax 46,0 km/h - 1504 m przewyższeń
39,1 km - AVS 9,2 km/h - Vmax 45,0 km/h - 1568 m przewyższeń GPS
61,6 km - AVS 10,8 km/h - Vmax 43,9 km/h - 1738 m przewyższeń GPS
52,6 km - AVS 10,3 km/h - Vmax 38,6 km/h - 1492 m przewyższeń GPS
32,0 km - AVS 11,6 km/h - Vmax 34,2 km/h - 873 m przewyższeń GPS

Pojechałem sam, ale na miejscu cały parking przy bazie należy do łodziaków.
Ekipa rusza do boju. Na początku z podjazdem.
Wciąż podjazd, ale już w bardziej górskich klimatach.
Widoczki dziś takie sobie, ale za to miłe 30C...
Jesteśmy na szczycie. Kierownik przedstawia możliwości i wybieramy bramkę A.
Trasa A akurat taka na rozgrzewkę.
Jest najbardziej 'bikeparkowa' i daje najwięcej zabawy. Chyba najlepsza ze wszystkich.
Co się zjechało, trzeba podjechać...
Znów na górze. Ekipa ścieżkowców zwiększyła się do 12 osób.
Kierownik ponagla, więc odpoczynki są dość krótkie.
Tym razem ścieżka B.
Jest masakrycznie sucho i kurzy się tak, że jadąc za kimś leci się prawie na ślepo. Dopiero 100 m odstępy dają dobrą wizję, choć kurz nadal zgrzyta w zębach.
Ścieżka B chyba najbardziej lajtowa, ale fun i tak jest. W dolnym odcinku bardzo fajny prosty singiel z kilkoma hopkami.
Tym razem próbujemy podjazdu terenowego. Jest zdecydowanie krótszy...
...ale intensywniejszy.
Intensywność skrótu oraz temperatura skłoniła wycieczkę do zaznajomienia się z lokalnym browarnictwem.
Na górze po raz trzeci. Wcześniej trochę pogrzmiało, teraz nawet niesłabo kropi, ale do ziemi prawie nic nie dociera. Miała być widokowa trasa C, ale przekonujemy kierownika na powtórkę A, bo co to za widoki na deszczu.
Wykorzystując pierwszego kapcia na samym początku, przeprowadzamy zwiad łącznika A1. Wygląda całkiem nieźle. Choć ta kładeczka na mokro może być interesująca.
Tak jakby trochę mniej się kurzy...
I szybciej się lata, bo już nie on-sight...
Podjazd po raz czwarty, już nie w pełnej ekipie.
Niebo zaczyna wyglądać coraz mniej przyjaźnie, więc postoje ograniczone do minimum.
Teraz wreszcie trasa C. Z powodu 2 kapci i bliskości burzy porzucamy paru pechowców na łasce losu...
...i łącznikiem C1...
...w czwórkę docieramy do twierdzy. Niestety, brak sklepu lub knajpy, żeby uzupełnić płyny.
Chwila kontemplacji...
...i wracamy na trasę C. Do połowy (do podjazdu) trasa C jest dość lajtowa (nie licząc pionowych ścianek). Ale od łącznika C1 daje radę. Trochę 'górskich' trawersów, a w dolnej części stromo, kręto, hopy. Bardzo OK.
Chwilowo nie pada, więc są obiecywane widoki, choć trzeba się zatrzymać, żeby móc je podziwiać, bo za dużo tu niespodzianek.
Na dole okazuje się, że goni nas porządna pompa. Na szczęcie do bazy jest niedaleko i dojeżdżamy tam z pierwszymi kroplami deszczu.
Po obiedzie już całkiem nie pada, więc przedszkole grzecznie udaje się na dalszą konsumpcję. Choć, jak zwykle, paru urwisów się znajdzie...
Ponieważ jesteśmy jedynymi klientami, dokonujemy przemeblowania, zamawiamy ciasto do upieczenia i zmuszamy obsługę do wywalenia z maleńkiej lodóweczki wody na rzecz piwa.
Mamy też kącik 'ĄĘ'.
Niedzielny poranek znów optymistyczny.
Czego nie zrobiło się wczoraj, trzeba zrobić dzisiaj.
Na początek oczywiście podjazd.
Kierownik na rozgrzewkę wybiera czerwoną trasę XC. Na początku jest fajnie.
Potem najpierw w chaszczach gubimy część ekipy...
...a potem gubimy się sami.
Najpierw z dołu...
...potem z góry docieramy na wiadukt, ale nie ten, o którym myślał kierownik.
Jeszcze trochę XC i zaczynamy się odnajdywać.
Znajdujemy wiadukt, na którym mieliśmy się znaleźć, a potem zagubioną część ekipy.
Następuje podział. Większość wybiera opcję wycieczki. Ja i Marcin wybieramy opcję słuszną.