Lepiej późno niż wcale
Startowa
Sezon bardzo długo nie chciał się mi rozpocząć. Brak możliwości noclegu, śnieg w wyższych górach, pogoda, zima na homeoffice... Wreszcie pierwszy łikend, który żal było odpuścić, ale przeczuwałem, że Srebrna lub Szyndzielnia będą zawalone. Okazało się, że Pingwiny z Łukaszem przerzucają się w niedzielę ze Srebrnej na Ślężę, więc dołączam. Na parkingu wpadamy dodatkowo na Pawła i Justynę i robi się ekipa.
Początek jak najbardziej klasyczny - Radunia. Na razie wychodzi, że przynajmniej nie zapomniałem, jak się podjeżdża.
Justyna dojeżdza na górę jakoś tak 2x szybciej niż reszta i trochę się nudzi, czekając na wyekwipowanie się ekipy. Nie wpływa to dobrze na morale.
Tajemny na otwarcie.
Potem zwyczajowo atak na Świerkowy od południa.
Grupa nie daje się namówić na przepych na Gangstera i wracamy szutrowo na parking.
Pośpiech nie jest dzisiaj naszym motywem przewodnim, raczej batoniki, żelki i ploty. Aż dziwne, że mamy własną prywatną wiatkę, bo takiego tłoku na przełęczy nikt z nas jeszcze nie widział.
Skumulowaną na plotach energię wydajemy na lawirowanie w dzikim tłumie na podejściu na Ślężę.
Nikt w ekipie nie zgłasza chęci ataku szczytowego, więc do połowy, ale za to w najdalszą ścieżkę - Żmija.
Proponuję powrót terenem i generalnie ekipa ma tylko dwa stany - "co za gówno", gdy tylko jest trochę pod górę, lub "może być", gdy jest płasko. Tutaj zdecydowanie "co za gówno!".
Docieramy do połowy Ślęży i witamy Dolce.
Jakoś tak pomiędzy podjazdem a zjazdem wymieniamy jednego Łukasza na jedną Paulę.
Pingwiny po Srebrnej mają dosyć, więc w okrojonym składzie kręcimy kółko dobiciowe z Gangsterem jako wisienką.
A na koniec niespodziewane spotkanie. Stefan znów na 2 kółkach, Stachu już na 4, a Ola całkiem bez. Średnia nadal wychodzi 2/osobę, więc akceptowalnie. Serniczek i do domu.