Mocnopiesza masakra błotna
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Rzadko się mi to zdarza - całkiem czyste opony i w ogóle czyste całe tylne kółko. :) Bo nowe, wręcz dziewicze. Ale dziewicze były krótko...
Z Rajczy przez Ujsoły asfaltem, potem Danielki i po w sumie 10 km wjedziemy na Mładą Horę.
Dostajemy dzbanek horowianki dosmaczonej zaprawą miodową. Dobre i zimne...
Zaczynamy walkę z Rycerzową czerwonym...
...ale odbijamy w bok, trawersem, który ma nas doprowadzić do zielonego z Muńcoła. Tyle, że 2-3 lata temu był to las...
Im dalej tym gorzej - droga rozpieprzona przez ciężki sprzęt do zrywki drewna.
Po prostu masakra - budujemy bród przez rzekę błota, żeby w ogóle przedostać się na drugą stronę...
Tam, gdzie nie dojechał sprzęt nie jest lepiej - pościnane drzewa, gałęzie, walnięte gdzie popadnie...
W schronisku nie było naleśników i była nieprzyjemna obsługa, więc nie zalegamy.
Przemieszczamy się czerwonym do granicznego.
Niezły zjazd do przełeczy Przysłop i jedna z niewielu miłych niespodzianek - nie trzeba się pchać na Świtkową. Da się ją ominąć fajnym singletrackiem.
Singletrack omija też Bukowinę - na nim również są ślady drwali oszołomów, choć na szczęście nie za duże...
W oddali Hala Rycerzowa, na którą zaczyna właśnie nasuwać się wielkie, mruczące chmursko.
Przed Bednarowem przedzieramy się 50 m przez chaszcze do niebieskiego i ruszamy wzdłuż granicy, próbując uciec przed burzą.
Józwa chce koniecznie wbić się na Oszast, bo "będzie fajny zjazd". Tyle, że 100 m po minięciu skrótu omijającego Oszast zaczepia nas jęzor burzy. Więc czekamy 15 minut, a potem...
..idziemy dalej! Jest tak ślisko, że na 2 kroki w przód, 1 zjeżdżamy. Jest tak stromo, że rowerów nie da się pchać...
Według GPS 800 m w poziomie i 192 m w pionie. Walczyliśmy jakieś 40 minut...
A na górze Jezusik, ławeczka, słoneczko...
...widoczki na stronę polską...
...i słowacką z majaczącą się Małą Fatrą.
Lajtowo, sielsko... i raczej bez niedzielnych rowerzystów. :)
A potem zjazd Józwy. Na szczęście nie tak stromy, jak podejście, ale równie śliski.
Jedziemy dalej. Niebieski generalnie jest mało przechodzony...
Zaczyna się w dół, do przełęczy Glinka. Gdyby nie to, że właściwie całe "w dół" było pełne wody i błota, zjazd byłby całkiem niezły.
Na przełęczy pozostałości przejścia granicznego i słowacki sklep zamknięty z powodu niemania prądu. Gnani głodem, pragnieniem i uporem, bierzemy kierunek na Halę Krawcula, a dość sympatyczny turysta pieszy wciska nam kit, że dojedziemy tam asfaltem. Na szczęście GPS ratuje nas z opresji... Potem doganiamy turystę i pozwalamy się mu wytłumaczyć. :)
Jeszcze parę sekund temu było widać schronisko. Na dodatek zaczyna padać...
Po jakimś czasie, litrze soku, zupie i fasolce po bretońsku pojawia się widoczność. Dzięki temu widać, że pada. :)
Ponieważ żółty jest podobno kompletnie zryty, celujemy w singletracka, którym Józwa kiedyś zjeżdżał...
Niestety, nawet ścieżynka nie umknęła drwalom. Rozorana, zawalona i rozjeżdżona ginie gdzieś w błocie. Wpadamy więc na jakąś utwardzoną szutrówkę i zjeżdżamy do domu.
Słoneczny poranek drugiego dnia pozwolił podsuszyć ciuchy. Wskakujemy znów na asfalt. Zielonym z Rycerki mamy zamiar osiągnąć przełęcz Przegibek.
Jednak drwale psychole znów dali o sobie znać. W zielony odchodzący w bok nie dało się nawet wejść...