Igraszki grupowe i błotne
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Piwniczna - rynek. Okazało się, że ma być nas więcej niż mniej, więc znudzeni czekamy na spóźnialskich.
Wreszcie, jeszcze z uśmiechem na twarzach, rozpoczynamy wspinaczkę na Obidzę. Jak widać z lewej strony, mimo uśmiechów nie wzbudzamy zaufania i ulice pustoszeją...
Nalot na sklepik, gdzie pozbywamy się kilograma drobnych, a pani jest gotowa odpuścić 15 groszy, bylebyśmy już sobie pojechali.
Walka trwa, aczkolwiek...
...jesteśmy już zdecydowanie bliżej czubka. Mimo sporadycznego opadu, wiatru i spadku temperatury z 17 do 10C, podjazd mocno nas dogrzał.
Na Obidzy zapakowaliśmy się w ciuchy i ruszyliśmy zdobywać niebieski graniczny.
Pakowanie w ciuchy okazało się niepotrzebne i następuje rozpakowywanie. Będą to częste naprzemienne czynności wykonywane podczas całej wycieczki.
Dość duże zagęszczenie planktonu pieszego nie pozwala na całkowite popuszczenie klamek.
Ale, jak to zwykle w górach, jest pięknie.
Przed Smerekową, wedle różnych map, niebieski wiedzie różnie. Wybieramy bardziej w górę...
...dzięku czemu łapiemy się na widoki. W ogóle to jeden z ładniejszych widokowo szlaków, jakimi jechałem.
No i te singletracki... Przed nami Wysoka.
Poświęciłem się i zostałem trochę z tyłu, coby zzoomować wycieczkę z daleka. Przez to ugrzęzłem w pieszym korku na rumowiskach i wiatrołomach na podejściu pod Wysoką.
Oświetlony Wysoki Wierch, który mykniemy bokiem, a z tyłu Trzy Korony.
Zaraz zacznie się ładny zjazd przez łąki aż pod Cyrhle, niestety łowieczki z poprzedniego zdjęcia zmniejszyły prędkość przelotową.
Siodło przed Cyrhlą...
...gdzie zalegamy, posilamy się...
...kontaktujemy ze światem...
...i ogólnie popadamy w nastrój rozprężenia.
A potem czerwonym rowerowym z Cyrhli (Cyrhla?). Nie wiem, kto go zakwalifikował jako rowerowy. W górę na pewno się nim nie da, ale w dół była niezła zabawa...
Popas w centrum Szczawnicy. Knajpkę Alt polecam, byłem tam nie pierwszy raz.
Początek kolejnej rzeźni, czyli podjazd pod Przehybę.
Grupka uległa rozbiciu i walkę z niezliczonymi kilometrami w górę toczyłem w samotności.
Na Przehybie zebraliśmy całą gromadkę do kupy, nakupowaliśmy żurki, naleśniki, grzańce i w dół. Nareszcie w dół...
Na północnym zboczu Przehyby jeszcze ślady śniegu i pośniegowe błocko. Walka więc trwa.
Niebieski w dół jest bardzo wporzo. Znaczy wąsko, korzenie, kamienie i inne przyjemności. Zdjęcia miałem czas robić tylko na krótkich kawałkach, gdzie można odsapnąć.
Jeszcze trochę dół przed nami.
Kolejne luźniejsze miejsce. Ostatnie. Potem na zielonym już tylko czad, łącznie z końcówką i 77,4 km/h na liczniku. :)
Kawałek drogą, a potem bardzo przyjemnym rowerowym wzdłuż Popradu do domciu.
A wieczorem...