3 dni w Górcach
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Górcowanie czas zacząć. Na początek rozpędzamy się asfaltem w kierunku Krościenka. Jest lekko w dół, więc idzie nieźle.
Drobne postoje, gdy czekamy na Michała na 20 kg potworze, Jacek umila sobie rozkładaniem i składaniem roweru. Chyba jeszcze się nie przyzwyczaił, że w fulu zawsze coś ćwierka.
Jak przystało na enduro, jeśli tylko można, omijamy szerokie asfalty.
I tak, niespiesznie choć uparcie, pokonujemy 25 km w niecałą godzinę.
Skręcamy na czerwony, zostawiamy Krościenko w dole i zaczynamy zdobywać Lubań.
Według prognoz piątek miał być najgorszym dniem. Żyjemy więc najdzieją i spokojnie znosimy kilka drobnych kropel deszczu.
Ale mimo wszystko nie jest źle - są jakieś widoki, las zasłania nas o wiatru, a na termometrze prawie 10C.
Większość da się jechać, dopiero kawałek przed samym Lubaniem jest mocno pieszy, ale co to dla nas.
Na górze kropi, w dole świeci słońce. Chyba Lubań coś do nas ma.
Krótki popas, a szczyt serwuje nam 8C, wiatr i coraz mocniejszy deszcz. Decydujemy się na porzucenie Michała, bo ma on jeszcze do nas 2 km pchania i rozpoczynamy walkę z masakrycznym zjazdem pełnym mokrych kamieni i śliskiego błota.
Trochę oddalamy się czerwonym od Lubania i proszę - słońce.
Kolejna narada, tym razem nad trasą. Niby słońce, niby 15C, ale przed nami słychać głośne pomruki w niebiesiech.
Wybieramy przecinkę prosto do domu, wyjeżdżamy z lasu i jest - mrucząca chmura.
Decyzja była ze wszech miar słuszna, na co wskazują pochylone drzewa. Dodatkowo tumany kurzu, szyszki lecące na głowę, basowe pomruki i problemy z utrzymaniem prostego toru jazdy. Jednak dzięki mistrzowskiemu opanowaniu kierownicy docieramy pod dach tuż przed solidnym deszczem i spokojnie dokonujemy ablucji przed porą karmienia.
Na sobotę zaplanowaliśmy rozszerzoną wersję mojej pierwszej jazdy w Gorcach - Ochotnica, Gorc, Turbacz, Nowy Targ, Turbacz, Ochotnica. Miała być piękna pogoda, 16C i w ogóle. A tymczasem trudno było wygonić naszych maratończyków spod dachu na 9C i deszcz. Ale wreszcie daliśmy im radę.
Podjazdowy asfalt wzdłuż potoku Jamne zatarasował nam tir, którego nie uwzględniono chyba w trakcie projektowania podwórka.
Synchroniczna kontrola map i GPS w celu pozytywnej identyfikacji właściwego mostka do skrętu.
Dalej nie ma już lekko. Najpierw skończył się asfalt...
...potem zrobiło się bardzo stromo...
...a potem skończyło się wszystko.
Ale tak miało być - przebijamy się na krechę do zielonego na Gorc.
Fototapeta do odbytej sesji zdjęciowej, której tu nie zamieszczam, bo nudna.
Gdzieś za linią drzew należy spodziewać się zielonego szlaku.
Chłopaki wykonali zygzak i pedałują już po zielonym...
...a my twardo, na krechę, dopychamy się bezpośrednio do szlaku.
Im bardziej zbliżamy się do Gorca, tym bardziej robi się szaro.
500 m od Gorca zaczyna normalnie padać, a termometr wskazuje 6C. Czy to tutejsze szczyty nas nie lubią, czy może przyczyna tkwi gdzieś indziej?
Spędzamy 10 min pod choinką, ale zimno i nuda pomagają mi zmusić cukrowych ludków to ataku na ostatnie 500 m na Gorc...