Czeska patelenka
Home

51,4 km zjazdu
36,7 km - AVS 11 km/h - Vmax 56,8 km/h - 757 m przewyższeń GPS

Pobudka o 4 rano, a o 11 na wyciągu w Koutach. Jako że jutro zawody, na trasie chwilowo przeważają piechurzy.
Chłopaki też po cywilnemu na obchód.
Zaczyna się ruch. 99% jeździ tylko po trasie zawodów, więc pozostałe trasy są praktycznie puste, choć Niedźwiedzica jest tak wyorana, że po 3 zjazdach bolą mnie łapy...
W górę, w dół‚ i tak 10 razy. W sumie wyszło ponad 50 km czystego zjazdu. Teraz tylko piwo, obiad i regeneracja przed niedzielą.
W niedzielę na trasie zawodów ruch od wczesnego rana.
Freakersi zwarci i skupieni. Trochę im współczuję, bo przed 10 jest już 27C.
Ponieważ po wczorajszym nadal bolą mnie ręce, a poza tym mam ochotę po prostu się poszlajać, postanawiam zrobić pętelkę, którą planowałem prawie dokładnie rok temu, ale pogoda pokrzyżowała plany.
Tym razem widoki są super, ale idealnie nie jest - licznik pokazuje 38C. W pewnym momencie wyprzedziła mnie nawet czeska wrotkarka. A do Pradziada, gdzie generalnie zacznie się w dół, droga daleka.
Spiąłem się i wyszedłem na prowadzenie. Cały czas w górę.
A na górze... nic ciekawego. Z mojej obecności najbardziej cieszą się muchy. Mnóstwo. Radość jest oczywiście jednostronna.
Na GPS z asfaltu gdzieś coś odchodziło. Szukałem, szukałem i znalazłem, choć nie tam, gdzie miało być. Może nie za długi, ale wcale nie taki łatwy singielek-skrót będący po prostu czerwonym szlakiem. Bardzo OK.
Ciągnę kawałek cykotrasą na Małą Jezerną, a potem skręcam w lewo w nieopisaną przecinkę, bo cykotrasa jakaś taka nudna.
Przecinka okazuje się całkiem niezłym singielkiem z atrakcjami.
Znów kawałek szerszą drogą i dobijam do chatki Hubertka, gdzie wbijam się na zielony.
Zielony okazuje się świetnym technicznym singielkiem. Jedyny minus, to to, że jest górę. Ale nawet podjazd jest bardzo przyjemny. No i nareszcie trochę w cieniu.
Im wyżej, tym lepiej. Choć cienia brak.
Docieram wreszcie do czerwonego, który ma mnie zaprowadzić prosto pod Pradziada.
Droga bardzo przyjemna, z lewej zaczyna przebłyskiwać Pradziad, ale słońce zaczyna mi dawać już nieźle w palnik.
Upycham się w cień za jakimś mikroświerczkiem, ale wraz ze mną upychają się tam setki much. Szybko acz ostrożnie wciągam batonika i spadam.
Cel coraz bliżej, ale zniknęły nawet mikroświerczki i cienia zero.
Tam, gdzie zaczyna się interesujący odcinek w dół, spotykam strażnika z lornetą. Na szczęście jest miły i przyjmuje do wiadomości, że: nie widziałem zakazu, jadę wolno i jest mało ludzi. I to wszystko szczera prawda. Bez problemów ruszam dalej.
1350 m, więcej niż Skrzyczne, a stoi wielkie hotelisko. Jedyny plus, że nie jest paskudne.
Zapinam blat i wśrod szosowców, hulajnogowców i dzieci w wózkach asfaltuję do Svycarni. Na sam szczyt się nie pcham, bo już byłem i nic ciekawego tam nie ma.
W Svycarni zimna Cola, trochę cienia i nawet brak much. Po chwili jednak wypędzają mnie wrzaski dzieci pluskających się w wodzie... Nie można mieć wszystkiego na raz. Zakładam ochraniacze i ruszam czerwonym - głównym celem dzisiejszego kółka.
Pierwszy z trzech świetnych zjazdów do Cervenohorskiego Sedla. Korzenny.
Potem kolejna kładeczka w nienajlepszym stanie...
I zjazd numer 2.
Zjazd numer 2 widziany z Vyrovki. Na szczęście jest tu ławeczka, bo wtarganie się z rowerem na szczyt jest krótkie, ale bardzo intensywne.
I zjazd numer 3. Dalej szutrem spadam na przełęcz. Choć następnym razem poszukam przebitki na Velki Klinovec i czegoś terenowego w dół. Teoretycznie, według mapy, szansa jest.
Z Sedla najpierw wbijam się na żółty, ale po 200 m zawracam, bo nudno. Trochę w górę, trochę po płaskim przebijam się do zielonego. Niestety, zielony, choć widokowy, też jest zwykłą szutrówką. Puszczam hample i korzystam z minimalnej ochłody, jaką daje śmiganie w dół.
Ląduję prosto pod wyciągiem, a że czas nie nagli i wciąż mam karnet...
Udaje mi się jeszcze zrobić fotę ostatnim zawodnikom elity i po zawodach. W planach mam jeszcze jeden obrót, ale oczywiście, jak na złość, łapię gumę i gdy docieram na dół, wyciąg staje na 0,5h. A więc piwko, obiad, kąpiel i do domu.