Żywiecki na sucho
Home

Dzień 1     66,7 km - AVS 10,1 km/h - Vmax 46,4 km/h - 2627 m przewyższeń GPS
Dzień 2     57,6 km - AVS 11,6 km/h - Vmax 49,4 km/h - 1731 m przewyższeń GPS

Sugerowany przez arturo czarny z Ujsołów na Radykalny Wierch to zarośnięta, mokra od rosy, obsrana przez konie, pełna kolczastych gałązek ścieżyna w pełnym słońcu. Pcham.
Gdy tylko można kawałek jechać, dzięki wrodzonej gracji, trafiam kolanem dokładnie w wajchę od STA, przekręcając ją w nieodpowiednim kierunku i ukręcając ją całkiem. Ciekawe, jak bardzo zaboli mnie naprawa.
Nawet nie chce mi się schylać po zielsko, które przed chwilą mnie podrapało.
Potem szlak trochę  się poprawia...
...choć nadal sporo kawałków nadaje się głównie do pchania.
Przede mną cała banda Wierchów, każdy 100 m wyższy od poprzedniego. A jadę na ten ostatni.
Wpychanko na Redykalny Wierch za mną. Jeszcze ze 100 m pchania po kamorach i da się jechać.
Słońce wypala oczy, mózg i kolory. Ale nie trzeba już pchać.
Po 2 godzinach wspinaczki docieram na Rysiankę i przystępuję do konsumpcji wygrzebanego z plecaka batona, który zwiedził wcześniej upalny Beskid Śląski. Jak widać, nie wyszło mu na zdrowie.
No to wreszcie zjazd. Sugerowany jest niebieski do Sopotni.
Sekcje korzenne całkiem całkiem, tyle, że to nie jest już niebieski. Czeka mnie 300 m wspinaczki z powrotem, bo niebieski myknął w lewo.
Ten właściwy niebieski bardzo zacny.
Ponieważ miałem jeszcze drobne stany lękowe po glebie w Szczyrku, w paru miejscach musiałem zsiadać, ale singiel świetny.
Co się zjechało, trzeba podjechać. Póki był szuter, jechało się dobrze. Niestety, czarny na Kotarnicę, kompletnie rozwalony przez zwózkę, nadawał się tylko do pchania. Niebieski z Kotarnicy na Majcherkową niewiele lepszy...
Wreszcie, po godzinie w większości pchania, wbijam się na 1350 m. Czyli teraz będzie w dół.
Kolejny sugerowany singiel. Znów niebieski, do Słowianki. Jeszcze trudniejszy - zarośnięty, popodmywany, zwalone drzewa powycinane na 40 cm. Zdecydowanie nie łapałem tu flowa, ale walka przednia.
Sama końcówka przez Słowianką to już właściwie autostrada. W Słowiance uzupełnienie płynów i czarnym  spadam do Skałki.
I znów, z powodu braku wyciągu, trzeba się męczyć pod górę. Choć jakoś noga zaczęła podawać i całość na Boraczą pokonałem w siodle.
Czarnym i żółtym na Rysiankę już podjeżdżałem, więc skręcam na zielony, który w dół był świetny.
W górę też jest świetny, mimo, że w górę. Jedynym poważnym minusem jest ostatnie 500 m pchania przed samym Lipowskim Wierchem.
Na deser kolejny klasyczny niebieski, do Złatnej.
Najłatwiejszy z całej paczki, ale nadrabiający długością i szybkością jazdy. Potem parę km asfaltem i kończę pętlę z wynikiem 66,7 km oraz 2600 przewyższeń.
Niedzielę rozpoczynam szosowo. 20 km asfaltu do żółtego na Wielką Raczę. Gdyby nie nierozwiązana zagadka cykania w tylnym kole, jechałoby się całkiem przyjemnie.
Na szczęście w terenie cykania nie słychać, więc walczę w siodle, tym bardziej, że turystów sporo i obciach prowadzić.
Trochę ponad godzina kręcenia i docieram do schroniska. Muszę je odwiedzić, bo na podjeździe poszedł cały zapas picia.
Nabomblowany płynami ruszam podziwiać widoki...
...oraz cieszyć się szlakiem. Tylko przed Jaworzyną mógłby ktoś zrobić linię w sekcjach korzennych, którą dałoby się podjechać.
Przegibek. Woda jest, moc jest, więc olewam schronisko.
Tak jak poprzednio, pakuję się w niebieski. Tym razem jest sucho, więc można pozwolić sobie na więcej.
Przed Majcherową, tam, gdzie niebieski zaczyna walić pionowo w górę, znajduję biegnącą bokiem, zygzakowatą, świeżo wyciętą ścieżynkę. Prawdopodobnie nowy przebieg szlaku. Problem polegał na tym, że ścieżynka wychodziła dokładnie za tym zwałowiskiem. Przebicie się przez to, a potem dalsza, trudniejsza część niebieskiego trochę mnie wypompowały.
Uwalam się na Hali Rycerzowej i mierzę zamiary na siły.
Trochę chemii...
...trochę podnoszących na duchu widoków...
...i postanawiam trzymać się założonej trasy. Najpierw Rycerzowa Mała...
...a potem zielony na Muńcoł.
O ile pamiętam, w listopadzie Kotarz był jeszcze zadrzewiony.
Wreszcie Muńcoł. Przede mną 620 m w pionie zjazdu do Ujsołów.
Środkowa część nadal rozwalona, ale początek i koniec to kupa zabawy. Choć wynająłbym kogoś, żeby przeleciał trochę kosą... Na dole zimna Cola, 3 km asfaltu i do domu.