Słoneczna Italia jej mać...
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 3
Po krótkim przetestowaniu cierpliwości grupy w Polsce i po trochę dłuższej podróży lądujemy u celu.
Nie wiem, czy to tak ogólnie, czy też przez snute przeze mnie i Łukasza wizje mającej nadejść pogody, w każdym razie po pizzy grupa po kierownictwem kierownika przypuszcza pierwszy atak.
Jak zwykle na początku nie wiadomo, czy jechać, czy się gapić.
Najbliżej na rozgrzewkę jest Briga. I tu zbieramy pierwsze błoto na klaty, bo początek to bagno.
Ale potem już tylko lepiej.
Niedziela. Prognozy nadal dobre, więc śniadanie (chwała Singletrackom za żarcie, po raz pierwszy, ale nie po raz ostatni), kierownik układa plan i ruszamy.
Na poważniejszą rozgrzewkę poważniejszy klasyk - Roller Coaster.
Ciekawa sprawa. Zauważyłem, że wygibasy na początku...
...za każdym razem wypierają płyny z organizmu.
To lecimy. Tak chyba ze 4 razy.
Dopytywał się, marudził, kupił porządną oponę, a do Finale zabrał jakieś łyse i cienkie ścierwo. To ma. I to nie raz.
Klasyczny punkt widokowy, bez zdjęcia na którym Finale się nie liczy.
Na horyzoncie już widać fakap na niebie. Tak, jak mówiliśmy.
Ale dzień trzeba zakończyć. Więc najpierw Kill Bill...
...a potem Madonna Della Guardia.
I ścianka zbierająca pierwsze żniwo w postaci delikatnych szlifów na ciele i sprzęcie.
Uczciwie zapracowana wyżerka w wyśmienitym wydaniu, popychana uczciwie kupionym popitkiem.
Poniedziałek. Jak mówiliśmy w busie - pogoda poszła się paść. Przestaje padać koło południa, więc kierownik wymyśla wycieczkę szkoleniową.
Oczywiście najpierw trzeba gdzieś tam podjechać. Samemu.
I szkolenie. Efekty różne, ale kierownik udaje zadowolonego z osiągnięć.
A potem w dół. Chyba Bondi Trail. Mokro, blotniście, niewidokowo, zajebiście. Szkoda się było zatrzymywać na foty.
Wtorek. Całą noc napieprzał deszcz. Tak do południa jakoś. Zbieramy bambetle i przy samochodzie napotykamy indywiduum chcące na pierwszy rzut oka zrobić dobrze kierownikowi. Indywiduum okazuje się Ianem z Manchesteru w tygodniu kawalerskim czy jakoś tak. Ponieważ shuttle nie chodzą z powodu pogody, Ian wkręca się do nas.
Kierownik myśli, myśli i wymyśla. Toboga di Canova. Pierwszy raz od samej góry, która to góra wygląda dziś nieciekawie. Tak nieitalianiście.
Pokrzepieni kawą zaczynamy nasiąkać od zewnątrz.
I kolejny wyciskacz płynów. Niektórzy, jak widać, podchodzą to tego poważnie.
Kierownik wskazuje kierunek w błocie i mgle i ruszamy. Początek to początek Roller Coastera. Głównie w stanie płynnym.
A potem Toboga właściwia. Pierwszy z 4 odcinków Tobogi dość hardcorowy i błotnisty, ale niżej jest prawie bezbłotnie. To dobrze, bo w planach obroty od 3/4 trasy.
Tutaj się wybijamy...
...a jak zrobię tak, to składamy się w powietrzu w lewo.
Przy drugim nawrocie najpierw czekamy w busie parę minut, bo z nieba się leje, ale za chwilę błyska słońce. Czyli będzie dobrze.
Słońce, błoto po kostki. Jest dobrze.
Fota pamiątkowa, póki jeszcze da się wszystkich rozróżnić.