Na dobry początek sezonu
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 3
Podróż jak to podróż. Długa. Jedni śpią, inni robią zdjęcia, a jeszcze inni kierują całym interesem. Ale nie było tak źle, jak myślałem, że będzie. No i odwiedziłem 5 krajów jednej nocy.
W Szwajcarii trochę powiało zimą.
Na szczęście we Włoszech już lepiej. Choć za szybką samochodu 4C.
Bambetle zrzucone, rowery poskładane, czas zwiedzać.
Zwiedzanie kończymy po 150 m, aby zbytnio się nie przemęczyć pierwszego dnia.
Szybko robi się jednak nudno, więc najpierw wizyta w sklepie, gdzie klasycznie w naszej kasie kończy się taśma...
...a potem idziemy chyba z cały kilometr, aby się wyczilałtować.
Czilałtowanie się w prawo jest jakby fajniejsze...
...niż czilałtowanie się w lewo.
Czilałtujemy się jeszcze przez chwilę, a potem słońce zachodzi za górę i robi się 10C. To by było na tyle, jeśli chodzi o ciepłą, słoneczną Italię.
Pierwsza odprawa na ryneczku. Jak się później okazało, gdy tylko Diabeł nie jechał na rowerze albo nie spał, to miał w rękach loda. Wyglądało, jakby żywił się przede wszystkim nimi.
Początek pierwszej porannej pętelki. Dla odmiany - plaża.
A potem ruszamy na pierwsze zdobywanie góry.
Gadki szmatki przy wodopoju, który pewnie jest istotny w ciepłej, słonecznej Italii. My nie musimy korzystać.
Góra. Czyli pierwszy zjazd. Trwa opancerzanie.
I się zaczyna. W sumie chyba byłoby łatwiej lecieć grupą i nie myśleć. Ale jak już Diabeł zaczyna tłumaczyć, pokazywać linie i w ogóle, to człowieka ogarniają wątpliwości...
Jest jednak publiczność i doping, więc jedziemy. Oczywiście na zdjęciach trudność żadna.
Poćwiczyliśmy skalne progi, Diabeł ocenił grupę, więc jedziemy na kolejną górę.
DH Donna. Byłaby całkiem niezła, gdyby nie to, że pieruńsko sypko i ślisko.
To nie to, że tak wolno jeździłem. Ale foty same się nie robiły.
Bo żeby zobić fotę w tych warunkach, zatrzymanie się było niezbędne.
Końcówki tras z reguły wypadały częściowo ucywilizowanymi ścieżynkami. Które dawały równie dużo frajdy.
Spadamy na stare miasto, którego wąziutkie uliczki zawalone są wszystkim, co się porusza. Coś na ząb i szykujemy się na drugą część dnia.
Tą bardziej interesującą, czyli prawie całkiem bez podjeżdżania.
Wbijamy się na 1000 m, a tam chmury. I 8C. Ciepła, słoneczna Italia...
Dojazdówka do Rollercoastera, którego nauczymy się na pamięć. Taka trochę trasa A na Srebrnej Górze, ale do kwadratu. Albo i do potęgi trzeciej.
Za pierwszym razem około godziny zjazdu. Potem będzie szybciej.
Krótkie złapanie oddechu na równym...
...i wbijamy się na Madonna Della Guardia.
Kolejna ścianka instruktażowa. Jedyne zdjęcie, które choć trochę oddaje powagę sytuacji.
Przystępujemy do zaliczania.
Dzień kolejny rozpoczynamy od podjazdu terenowego. I co? I słońce oraz 20C. Czyli ciepła, słoneczna Italia jednak istnieje.
Pierwszy punkt widokowy.
Drugi punkt widokowy.