Łomotanie
Home

39,8 km - AVS 12,5 km/h - Vmax 59,3 km/h - 603 m przewyższeń
30,9 km - AVS 9,5 km/h - Vmax 38,7 km/h - 1102 m przewyższeń GPS

Kierownik stwierdził, że chce połomotać w łikend. I tak po kilku wieczornych godzinach w samochodzie, pokonywaniu serpentyn drogą bez namalowanych pasów w gęstej mgle, w chłodny sobotni ranek meldujemy się w Siennej.
Kierownik wyjaśnia, co widać na obrazku, gdzie mieszkamy, gdzie będziemy jeździć i w ogóle.
A potem zaczynamy łomotać. Na pierwszy ogień poszła Pucharówka, ale ręce mi się tak trzęsły, że aparat wyjąłem dopiero na drugim przelocie - Kambodża.
Próg, którego nie udało mi się pokonać cały dzień. Jedynym wyjaśnieniem jest to, że ten cały dzień to nie był mój dzień do jazdy, było na początku ślisko, za 2 tygodnie opłacony urlop...
Tak naprawdę trasy są dwie, z drobnymi modyfikacjami w dolnych częściach. Więc od góry na zmianę Pucharówka i Kambodża.
Pogoda zmienna. Raz słońce, raz chmurska, ale z każdym przelotem trasy podsychają.
Pod koniec próg oraz elementy tużzaprogowe skotłowały i Stefana, i Pingwina. Więc do progu szacunek należy mieć.
Ostatni wjazd wyciągiem traktujemy jako trampolinę do krótkiej wycieczki.
W planie mamy może nie sam szczyt, ale schronisko pod Śnieżnikiem, a potem czerwony do Międzygórza, którego nigdy z Pingwinem nie zaliczyliśmy.
W okolicach schroniska 12C, tłum ludzi, więc nawet się nie zbliżamy.
Sam czerwony fajny, szczególnie początek i stary przebieg na dole.
Jednak po trasach z Czarnej to takie pitu pitu...
Jak to zwykle bywa, co się zjechało, trzeba podjechać, skoro nie ma wyciągu. Szutrujemy na Puchaczówkę.
Dwie łączki i koniec wycieczki.
Wieczorem przy płynach zapada decyzja - przesuwamy się skokowo w stronę domu. Skok pierwszy - Ślęża czyli łomot bezwyciągowy.
Jak zwykle, na rozgrzewkę Dolce Vita.
A potem kręcimy na Radunie, łapiąc się na żałosną fotkę grupową.
Atakujemy Tajemny.
No to powrocik. Gdyby kózka nie skakała...
...dęteczki by nie zmieniała.
Zaczynamy zdobywać Ślężę. Poprzednio męczyliśmy się bardzo z tym kawałkiem. Teraz poszedł całkiem sprawnie.
Potem jeszcze mała godzinka korblowania i lądujemy w wesołym miasteczku na szczycie.
A potem niebieski. Nie powiem, łomot.
Chłopaki obok drzewka się mieścili, ja miałem dominującą wizję że rower XL i moje 190 cm się tam nie zmieści.
Na deser znów Dolce Vita.
Na parkingu trochę bajzlu, błyskania pośladami i wykonujemy skok drugi - do domu.