Monochromatycznie...
Home
Pakując w ostatniej chwili rower, zapomniałem o przepakowaniu plecaka. Na szczęście, po drodze namierzyłem sklep rowerowy (mieli kupę rzeczy Speca) i zaopatrzyłem się w zestaw pierwszej pomocy.
Plan był na poniedziałek. Zerwałem się bladym świtem, a tam sypie gęsto... Siedziałem i myślałem, dlaczego plan nie był na niedzielę, gdy prawie cały dzień świeciło słońce.
Nagle o 10.00 - błękitne niebo! Namówiłem Ankę, aby podwiozła mnie kilkanaście kilometrów, wypakowuję rower z samochodu... i nasuwają się chmurska.
Będę jednak twardy. Opuszczam cywilizację i zaczynam pokonywać pierwszą górkę w 2011 roku.
Chmur na niebie coraz więcej, śniegu na ziemi coraz więcej... Pcham.
Gdy się trochę wypłaszcza na samej przełęczy Pod Chłopkiem, da się jechać.
W domu wymyśliłem sobie zielony szlak. Tyle, że zielonym mało kto porusza się zimą. Na szczęście jest w dół, śnieg jest sypki, więc mimo 13 calowej warstwy da się jechać.
Zabawa przednia, dopóki nie okazało się, że pod śniegiem jest lód. Otrzepałem się ze śniegu, odnalazłem GPS, który poleciał w zaspę i zerknąłem na mój cel - Czarną Górę. Nie wyglądała zachęcająco.
Trochę asfaltu, przekonywanie przy kasie, że chcę tylko jeden wjazd i tylko w jedną stronę i jadę. Jest pięknie. O wiele lepiej niż z daleka. I inaczej niż latem.
Na górze byłoby jeszcze piękniej, gdyby było cokolwiek widać.
Postanawiam znaleźć szlak, trawersując górę od wyciągu. Przez 15 minut walczę z zaśnieżonymi choinkami, ze śniegiem do pasa i ukrytymi strumyczkami. Chwilami ze śmiechu nie mam siły wyłazić z kolejnej zaspy. A GPS wciąż pokazuje 100 m do szlaku.
Wreszcie jest. Jakiś taki mało wychodzony. A gówno... Do szlaku jeszcze kilkanaście metrów.
Wreszcie jest. Jakiś taki mało wychodzony. Próbuję kilka razy jechać, otrzepuję się ze śniegu i pcham.
Miałem nadzieję, że rowerowy będzie trochę przetarty. Może i wczoraj był, ale dziś jechać się nie da. Porzucam oczywiście pomysł dotarcia na Śnieżnik i prę w kierunku drogi Izabeli.
Droga przetarta jest. Rozpoczynam niekończącą się serię kontrolowanych poślizgów...
A w kotlinie słońce... Czarna Góra zdecydowanie odmawia ze mną współpracy.
Wygląda na to, że dzisiaj byłem pierwszym przecieraczem tej drogi. Dobrze, że w ogóle coś pojeździłem na samej Górze.
Docieram do przełęczy Puchaczówka i rozpoczynam powrót do domu.
Przez chwilę myślałem o szlaku czerwonym przez Pasiecznik, ale szlaku w ogóle nie było widać. Wracam więc po własnych śladach.
Teraz, gdy opuściłem Czarną Górę, nawet z daleka nie wygląda źle.
W dól przeleciało całkiem szybko. Teraz, pod górę, czeka mnie 1,5 km pchania z powrotem na przełęcz Pod Chłopkiem.
Żeby nie było mi za łatwo, jak już można wsiąść na siodło, zaczyna gęsto sypać...
W ciągu dnia na przełęczy poszaleli drwale i droga po zwózce drewna składa się z krzyżujących się, wyślizganych rynienek. Po prostu extra...
Potem już tylko kilkanaście kilometrów gladko zaśnieżonym asfaltem lekko w dół w coraz lepszych okolicznościach pogody - pojawiły się nawet kolory...
Wyszło 38,5 km ze średnią 10,5 km/h. Całkiem nieźle, nawet jeśli wliczony jest w to wyciąg...
PS. Defrostery Speca, wspomagane przez ochraniacze BBB sprawdziły się świetnie.
PSS. We wtorek cały dzień było piękne słońce...