Mała ucieczka
Home
Ponieważ 200 m od okien wywalili nam dużą scenę, a pod samymi oknami małą z zajęciami aktywizacyjnymi dla dzieciorów, pozostawało tylko uciekać. Spontanicznie i rodzinnie padło na Czechy. Rower oczywiście na wszelki wypadek wziąłem i dlatego w sobotę wylądowałem w Koutach.
A tam, pierwsze co widzę, to banda znajomych twarzy z dawno zaginionym Marcinem na czele.
Więc latamy. Wyciąg kręci się prawie cały czas, ludzi mało... Żyć nie umierać.
Przy szóstym kółku na górze lekko kropi, na dole już leje, ale właściwie na sucho udaje się nam ewakuować pod parasolki. Jedynie Anka, po suchym tripie po górach, na wyciągu zalicza główny strzał burzy. Ale do bazy wracamy już w słońcu...
Na niedzielę przypadają Rychleby. Mam pół dnia, więc bez marudzenia objeżdżam klasyki. Wiessner.
Nowa Velryba.
Dawno nie odwiedzany Wales.
Nadal solidna wyrypa. Na krótkich zjazdach jest gdzie się pogubić, ale najgorsze są takie techniczne podjazdy, na które najeżdża się bez żadnej prędkości. I je wypycham.
Potem siłą rzeczy Superflow.
Trochę kręcenia wśród widoków...
Olewam Tajemny, bo czas nagli i wbijam się w ulubiony oes z samej góry.
Prace nad nową linią (nazwa robocza Wielbłąd) trwają.
Z ostatniego kamienia już nie leci się w lewo w korzenie, ale jest wyłożona nowa dróżka w prawo.
Co więcej, dalej w prawo ciągnie się całkiem nowa linia. Co najmniej 100 m. Ale ponieważ nie mam czasu eksplorować, nie eksploruję.
Nielegal oczywiście mnie pokarał i na ostatnim kamieniu-hopce łapię gumę. Możliwe, że ostatnią, przynajmniej z tyłu. ;) A na sam koniec Sjezdy, Kofola i do domu.