Rześki początek lata
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 1 z 2

ok. 30 km - kilkanaście kółek
42,5 km - AVS 9,1 km/h - Vmax 46 km/h - 1388 m przewyższeń
25,5 km - AVS 6,4 km/h - Vmax 63 km/h - 1116 m przewyższeń

Sobota. Szybka zbiórka poranna, fura i lądujemy w Koprivnej. Niby wszystko OK, ale na termometrze 9C i wieje. Normalnie zaczyna brakować ciuchów w plecakach.
Dzięki jednej późnej wrzutce na fejsa, w Koprivnej dołącza do nas Wiktor poznany w Finale. No to pojeździmy w czwórkę.
Testujemy możliwości bikeparku.
Tras w sumie już pięć, nie licząc Family...
...dodatkowo łączniki i dzikie linie. W połączeniu z ciągle chodzącym wyciągiem można się wyjeździć.
Jak nie wieje i świeci jest całkiem nieźle. I mają Kofolę.
Robimy kilkanaście kółek i dosyć. W sumie najbardziej przypadły nam do gustu nowa i stara DH. Szczególnie nowa, jeszcze nie wyjeżdżona. Jedyny minus - obie kończą się przed drogą i na dobry koniec trzeba wrócić na drugą stronę nartostrady.
Niedziela lokalnie, czyli Rychleby mniej znane. Ni stąd ni zowąd pojawiają się krewni i znajomi Wiktora i pierwszy podjazd w sporej grupce.
Lato, psia jego mać.
Krewni i znajomi ciągną na SF, a my skręcamy w krzaki i zaczynamy zwiedzać Rychleby...
...mało znane...
...średnio znane...
...i te znane bardziej, choć po wycince trudno je poznać.
Tak jakoś uczyli - nisko i szeroko...
Po kilku górnych kółkach zjeżdżamy do bazy na małe conieco. Łukasz z Magdą pakują się grochówką na podróż do domu, a my na kolejny podjazd.
Pełne uczciwe kółko - Wiessner, SF, Mramorovy, Hup-cuk, Sjezdy.
Na koniec uczciwie zapracowany obiad i żegnam się z Witkiem.
Poniedziałek. Dzisiaj trip we własnym towarzystwie. Na początek są widoki.
Dużo widoków. Przez jakiś czas myślałem o wbijaniu się na tą lewą górkę, ale chyba pozostanę tylko przy prawej.
Lekko pomerdały mi się szlaki piesze i rowerowe i wbijam pieszym. Prosto jak w mordę strzelił pod górkę, bez żadnych zawijasów. Ale jechać się da.
I w sumie przyjemniej niż asfaltem.
I na jajówkę by się już coś zebrało...
Dobijam do asfaltu, którym wbijałbym się normalnie, jak biały człowiek i dalej już kręcę normalnie, rowerowym podjazdem.