A miało być śnieżnie...
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Bydlęta jeszcze dosypiają na łące, gdy wyruszamy przygotowani na walkę z żywiołem - zimowe ciuchy, zapas w plecaku. Jak na razie sucho i sielskie widoczki, które nie zwróciły naszej uwagi na nielistopadowe poranne 8-9C...
Powoli wjeżdźamy w teren. Zauważamy, wraz ze wzrostem wysokości robi się coraz cieplej. Pozbywam się Buffa i rozpinam bluzę. Dziwne...
Porzucamy asfalt na dobre. Czerwony na Łazek oczywiście rozjeżdżony, na szczęście jakiś czas temu. Jest coraz cieplej. Systematycznie pozbywamy się ciuchów.
Poddajemy się - licznik wskazuje 15C. Następuje gwałtowne rozbieranie, mamy problem z ciuchami, które nie mieszczą się w plecakach. Zero śniegu, zero błota, brak krótkich spodenek... Normalnie lato.
Wreszcie, asymilując się z pieszymi, docieramy do granicy śniegu. Jednak temperatura nadal oscyluje w okolicach 14-15C.
Mimo temperaturowego nieprzygotowania, definitywnie przestaję żałować, że dałem się wyciągnąć w góry. Przed nami Błatnia.
W górę byłoby kiepsko, ale w dół możnaby podjąć rywalizację. Nawet z lepszym kierowcą.
Normalnie nie chce się ruszać z wygrzanej słońcem ławeczki.
Nie jesteśmy jedynymi wariatami. Spotykamy grupkę XC, którą mykamy na błotnisto-śnieżnym zjeździe ze Stołowa. Z uwagi na mykanie, zdjęć śniegu i samego mykania brak.
A tu już udało się zrobić fotę - to jedno z 3 śniegowych miejsc, jakie spotkaliśmy w ciągu 2 dni.
Pojechaliśmy na Szyndzielnię pokazać się w kamerce online. Jak ktoś patrzył o 13:43, to machaliśmy. Przy okazji okazało się, że stojaczek rowerowy obsługuje najwyżej opony cieniarek...
Wracamy pod Klimczok i grzejemy czerwonym na Karkoszczonkę.
Grzejemy oczywiście z przerwami...
...na widoki. Tak blisko, a tak daleko bez wyciągu. :)
Gdy widoki się kończą, już tylko grzejemy.
Karkoszczonkę bierzemy tranzytem i moim ulubionym singlem dookoła Beskidu...
...rozpoczynamy walkę z Hyrcą, gdzie Jacka spotyka Długi Cień.
Przez chwilę mam nadzieję, że Jacek powtórzy manewr z września i będę miał zdjęcie roku, ale niestety...
Na Kotarzu, w cywilizowanych warunkach, debatujemy chwilę nad dalszą trasą i wybieramy wariant 'czarny z Grabowej'.
Do zachodu słońca już niewiele, ale wystarczająco, by zachować wizję na zjeździe z Horzelicy.