Jednodniówka kolejna
Home

35,4 km - AVS 8,8 km/h - Vmax 37,9 km/h - 1363 m przewyższeń

Wedle wszelkich prognoz sobota była pogodowym rodzynkiem w oceanie gówna. Więc znów jeden dzień. Tym razem Bielsko również łapało się w te pogodowe zapowiedzi, zatem czas przetestować trasy w rockandrolowej krainie. Jak zwykle ostatnio najpierw szuter, Daglezjowy dopiero od połowy. Jakoś tak najzręczniej to wychodzi.
Okno pogodowe jak ta lala.
Całe tłumy walą w kierunku Twistera (no chyba że na DH+ jednak, ale szczerze wątpię). W każdym razie w tym przelocie Cygan należy tylko do mnie.
Wilgotno na tyle, żeby się nie kurzyło i łomot, bo do słońca powyłaziły wszystkie korzenie i kamienie. No to powrót i raz jeszcze. Tym razem spotkam trzyosobogrupę.
Teraz znów będę wplatał element tripowy. Ale najpierw uzupełnienie płynów i lekkie dopchanie się ciastem od Oli. I nie, mimo świątecznego przybrania, nie ostało się z grudnia.
Tym razem szutrem prawie do końca, aż do żółtego w kierunku Szyndzielni.
Początek wygląda całkiem zacnie...
...niestety potem pojawiają się definitywne wpychy...
...albo takie najgorsze miejsca na granicy wpychu, gdzie nie wiadomo, próbować walczyć, czy pchać.
Żółty wciąż nie odpuszcza. Tu mija mnie dwóch erowerzystów i okazuje się, że samo "e" nie wystarcza w takie miejsca, bo cały czas spadają z rowerów i koniec końców wpychają również... Ale... ten żółty, szczególnie właśnie u góry, wydaje się ciekawą alternatywą dla RockandRolli, aby przedostać się z Szyndzielni na Kozią... Przecina ją zresztą kilka razy, więc zawsze można na nią wrócić.
Lekki skrót z żółtego i jestem. Może jednak odczekać na swoją kolej na ulubionej trasie Pingwina?
A może jednak nie.
Profilaktyczny wywiad na szczycie wykazał, że kolejka do gondolki jest na 10 minut, a ponieważ nowy wygląd ścianki na Dziabarze jakoś mnie przyhamował, konieczna była rehabilitacja. Więc Dziabar, Gondolka, gondolka i Dziabar już płynnie. A na deser trochę korblowania...
...i Dębowiec. Również trochę zdziczały i z łomotem. I do domu.